Nie okładajmy piłkarzy sukcesem lekkoatletów!

Polscy lekkoatleci fantastycznie wypadli na mistrzostwach Europy w Berlinie. Wywalczyli dwanaście medali, w tym aż siedem złotych. Lepszy wynik osiągnął tylko legendarny Wunderteam, podczas ME w Sztokholmie, ale to było równo 60 lat temu. W dodatku Polacy udowodnili, że są wybitni nie tylko w niszowych konkurencjach rzutowych, ale także w prestiżowych biegowych. Świat zadziwiła Justyna Święty-Ersetic, która zdobyła dwa złote krążki w niespełna dwie godziny.

Niestety jak to w Polsce bywa, znalazło się sporo osób, których nie usatysfakcjonował sam sukces. Zamiast się nim zachwycać, musieli użyć go jako pałki, żeby dołożyć komuś kogo nie lubią. Padło na piłkarzy, którzy zawiedli na mundialu w Rosji. Nie wiem już kto pierwszy dał znak, ale z mediów społecznościowych i niektórych portali wylały się strugi populizmu i wezwań – jak w tweedzie znanego dziennikarza, Stanisława Janickiego – żeby „piłkarzykom mocno zredukować pensje i wywalić z reklam, a bardzo podnieść stypendia rewelacyjnym lekkoatletkom/lekkoatletom”.

Niestety wielu to podchwyciło. „Jakim prawem kopacze dostali za przegrany mundial więcej kasy niż dostaną wszyscy nasi medaliści z Berlina?” pytali jedni, „Zaorać stadiony piłkarskie, przerobić na lekkoatletyczne!” – domagali się inni, „Będę rad, gdy twarze przegranych kopaczy w reklamach zastąpią śliczne buzie naszych mistrzyń”, „Jednego dnia nasi lekkoatleci odnieśli większy sukces niż nasi kopacze przez ostatnie 100 lat i następne 100 lat. Niech piorun strzeli jeśli kiedykolwiek kupię jakikolwiek produkt reklamowany przez naszych kopaczy” – padły deklaracje.

Którym konkretnie piłkarzom zredukować pensję i jak to załatwić, żeby np. Bayern Monachium, Juventus czy Napoli przelewały tę kasę na konta polskich lekkoatletów – recepty nikt już nie podał. Podobnie z pomysłem na przekonanie szefów Rexony, Huawei, Philipsa czy Coca Coli, żeby powymieniali gwiazdy swoich reklam na te, które uznamy za słuszne. Jak widać łatwo te dyrdymały obśmiać.

I mi jest przykro, że zwycięskich lekkoatletów witało na lotnisku Okęcie paru kibiców, a przegranych w Rosji piłkarzy – tłumy, ale nie można z tego robić bata na futbolistów, bo upokarza to jednych i drugich. Akurat ja obracam się w kręgach, w których sukcesy lekkoatletów i w ogóle zawodników sportów olimpijskich są bardzo doceniane. Ostatnim Sportowcem Roku w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” został wybrany Kamil Stoch, zresztą nie pierwszy raz. Przed nim zwyciężyła Anita Włodarczyk, a w ponad 80-letniej historii Plebiscytu piłkarze triumfowali zaledwie dwa razy – Zbigniew Boniek w latach 80. i Robert Lewandowski niedawno. Znając naszych czytelników jestem pewien, że mistrzowie z Berlina będą dominować w tegorocznym Plebiscycie.

To prawda, że nasi wybitni lekkoatleci zarabiają mniej niż nawet przeciętni piłkarze. Jak jednak można robić z tego pretensje tym ostatnim? Po prostu jedna dyscyplina jest tą najpopularniejszą na świecie, którą śledzą tydzień w tydzień, a nawet dzień w dzień śledzą miliony. Dzieciaki i nie tylko zabijają się o koszulki swoich idoli, rozgrywając najlepsze mecze i turnieje na swoich komputerach i konsolach.

Druga, owszem też działa na wyobraźnię, ale jednak tylko raz na dwa lata, w momentach kulminacji olimpijskiej oraz mistrzostw świata i Kontynentu. Nie jest winą piłkarzy, że organizatorzy berlińskich ME nie nagradzali finansowo zawodników za medale, tymczasem reprezentacja Polski za awans do ćwierćfinału ME we Francji dostała premię 14,5 mln euro, z czego PZPN 40 proc. przekazał kadrowiczom. Po prostu tak ogromnie zyski wypracowuje futbol. To nie przypadek ani czyjeś widzimisię, że prawa telewizyjne do Premier League kosztowały pięć miliardów funtów…

Nie ma większego sensu narzekać – jak Marcin Lewandowski, że nikt z powodu startu lekkoatletów nie wywiesza flag na aucie. Ani dyskredytować piłki nożnej, jak robił złoty medalista na 800 m Adam Kszczot, który na łamach „Gazety Wyborczej” narzekał, że „sukcesy wielu znamienitych sportowców są spychane na boczny tor. Tymczasem za sam awans na Euro piłkarzy wychwala się pod niebiosa i mówi o tym w kategoriach niebotycznego osiągnięcia (…) Futbol jest banalnym sportem. Zapamiętanie kilku prostych zasad nie stanowi najmniejszego problemu”.

Moim zdaniem nie ma nic bardziej banalnego (choć nie użyłbym tego słowa pejoratywnie) niż bieg od startu do mety. Najwyraźniej Polacy lubią banalne widowiska, bo przypomnę, że widownia kompromitującego w wykonaniu naszych meczu Polska – Senegal wyniosła w TVP 15,5 mln widzów, a najlepiej oglądanej transmisji ME w Berlinie – 3,5 mln. Nie łudźmy się, że da się tych ludzi przekierować jakimś odgórnym nakazem. Tak jak kibice – idoli, tak i firmy same sobie dobiorą bohaterów do reklam.

Życzę ich serdecznie lekkoatletom, a szczególnie Justynie Święty, która wydaje się idealną kandydatką na idola. Po zdobyciu złotego medalu w morderczym biegu na 400 m, zdołała w 1,5 godziny zregenerować się i pomóc koleżankom wywalczyć złoto w sztafecie na tym samym wykańczającym dystansie. To pokaz niewiarygodnego hartu ducha i prawdziwego fair play. Świetnie nadaje się do pokazania piłkarzom i w ogóle każdemu sportowcowi przed startem, jak nie odpuszczać, jak walczyć do końca.

Zostaw odpowiedź