ME Paraathletics. Supermama z oszczepem

foto: Bartłomiej Zborowski/ Polski Komitet Paraolimpijski

Pół roku po urodzeniu trzeciego dziecka, miesiąc po przerwaniu karmienia Katarzyna Piekart wywalczyła srebrny medal w rzucie oszczepem podczas paraatletycznych mistrzostwach Europy w Berlinie. Choć sama zapowiadała, że walka o podium to jak porwać się z motyką na słońce…

Złota (Londyn 2012) i brązowa (Rio 2016) medalistka paraolimpijska, zakończyła rywalizację z rezultatem 32,59 metra. Poza jej zasięgiem była jedynie Brytyjka Hollie Arnold (40,15 m.).  – Sama jestem zachwycona i zadziwiona swoim występem. Treningi zaczęłam już miesiąc po porodzie. Miałam poczucie, że forma nie jest do końca taka, jak bym chciała. Ale nie chciałam się poddać. Chciałabym wierzyć, że to zasługa lat treningów, doświadczenia i pamięci mięśniowej, ale rzut oszczepem to nie jazda na rowerze, tu trzeba dzień w dzień praktykować, żeby nie zapomnieć techniki i mechanizmów. Tak naprawdę najsilniejsze rywalki mam spoza Europy. A też i świat nie zdążył mi uciec przez okres ciąży, bo tym razem na krótko przerwałam treningi – mówi Kasia.

Dodaje, że właściwie nie jest pewna, czy może mówić aż o „powrocie do sportu”. Co innego po pierwszym dziecku. Wtedy poszło dłużej, aż słyszałam za rady, żeby dać już sobie spokój ze sportem. Nie dałam, bo sport to mój sposób na życie i moja pasja – mówi. – Ale teraz przez całą ciąże była aktywna, pochłonięta rozwijaniem i prowadzeniem Integracyjnego Klubu Sportowego w Siedlcach, który jest właściwie moim czwartym dzieckiem. Nawet dwa tygodnie przed porodem prowadziłam zajęcia z dzieciakami, więc sport nie zniknął z mojego życia ani na chwilę – dodaje.

To już trzeci powrót Piekart do sportu po narodzinach trzeciego dziecka. Każdemu dedykowała kolejny medal na igrzyskach paraolimpijskich, w Londynie i Rio. – Wypadało by i córci zadedykować medal Tokio 2020. Taki jest plan, na pewno dam z siebie wszystko, żeby powalczyć w Japonii o trzeci medal paraolimpijski. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że bardzo wspiera mnie partner i bierze na siebie opiekę nad dzieciakami. Doskonale rozumie moją pasję. Nawet nie westchnął, kiedy powiedziałam, że ledwo odstawiłam małą od piersi, a już biorę się do przygotowań do mistrzostw Europu. Z takim wsparciem, nic tylko trenować – śmieje się Kasia.

Oszczepniczka przyznaje, że sport jest dla niej sposobem na życie. – Inne oczekiwania człowiek miał mają 16 lat, bo wówczas sam wyjazd na zagraniczne zawody był wielką wygraną. Pochodzę z małej miejscowości, rodziców nie było stać na wysyłanie mnie na zagraniczne wakacje. Wtedy wyjazd do Holandii wydawał się złapaniem Pana Boga za nogi. Podróże po świecie cieszą mnie do dziś i doceniam je, ostatnio byłam nawet w Nowej Zelandii. Ale dzięki stypendiom, nagrodom za zwycięstwa, rozruszaniu IKS mogę utrzymać rodzinę i to jest najważniejsze – mówi.

Zaczynała przygodę ze sportem zupełnie nie dla pieniędzy, bo ich wtedy w sporcie niepełnosprawnych po prostu nie było. To były czasy, gdy sport był elementem rehabilitacji i aktywizacji. Dziś jest sportem prawdziwie wyczynowym. Dziś bez pieniędzy nie da się przygotowywać do występów na poziomie mistrzowskim. Poziom na świecie podnosi się z roku na rok, konkurencja o medale staje się coraz ostrzejsza. Zawodnik żeby nie stać w miejscu, musi się dyscyplinie poświęcić w całości.

– Wielu z nas łączy sport z pracą, albo  – jak ja – z wychowywaniem dzieci – ale bez zaplecza finansowego, stypendiów i wsparcia sponsorów byłoby to niemożliwe. Ja czuję się teraz w miarę bezpiecznie. Co prawda to srebro mistrzostw Europy nie zapewni mi stypendium ministerialnego, ale za to miasto Siedlce potrafi mnie docenić – mówi.

Piekart urodziła się z niedowładem lewej ręki. Ale już do dziecka była wyjątkowo sprawna. W podstawówce startował w zawodach z pełnosprawnymi rówieśnikami, grała w tenisa stołowego. Kiedy w wieku 15 lat nauczyciel wf zaproponował jej, żeby spróbowała sportu niepełnosprawnych, zrobiła wielkie oczy.

– W ogóle nigdy nie słyszałam o czymś takim. Wydawało mi się, że niepełnosprawność i sport to dwie wykluczające się rzeczy. Byłam sceptyczna. Ale rodzice zawieźli mnie na pierwsze zajęcia i z każdym kolejnym treningiem czułam się lepiej. Wiedziałam, że jako osoba jednak niepełnosprawna, dojdę w sporcie pełnosprawnych tylko do pewnego poziomu, a potem zacznę przegrywać. Postawiłam więc na ruch paraolimpijski.

W wieku 16 lat przeniosła się z Siedlec do Gorzowa Wielkopolskiego pod skrzydła słynnego trenera lekkoatletyki, Zbigniewa Lewkowicza. – Usychałam z tęsknoty, bo to był drugi kraniec Polski, ale zaciskałam zęby i wytrwałam trzy lata. Choć mama – jak mi później zdradziła – powiedziała trenerowi, że wrócę zapłakana po dwóch miesiącach. Rodzice mi wtedy bardzo zaufali, ale też byłam dojrzała jak na swój wiek i świadoma, co chcę osiągnąć – opowiada Kasia.

Na pierwszych igrzyskach paraolimpijskich w Pekinie w 2008 zajęła 10. miejsce. – Nie traktuję tamtego startu jak porażki. Wszystko działo się po coś. Zdobyłam tam doświadczenie, które zaprocentowało cztery lata później w Londynie złotym medalem. Nie wystarczy być mistrzem treningu, trzeba mieć jeszcze głowę do zawodów. Ja dzięki Pekinowi bardzo wzmocniłam swoją psychikę. Poza tym 10. miejsce podziałało bardzo mobilizująco, jak wyzwanie. Może gdybym zajęła trzecie, spoczęłabym na laurach nigdy nie została mistrzynią? – mówi Piekart.

Niedawno Kasia wrzuciła na Facebooka filmik jak jej czteroletni synek rzuca oszczepem. – To nie tak, że od małego kreuję go na przyszłego sportowca. Gdybym była pianistką, pewnie uczyłby się już grać na pianinie, wiadomo, że dzieci lubią naśladować rodziców. Poza tym trenuję cudze dzieci, to trudno, żebym własnym nie pokazała o co chodzi w tym sporcie – śmieje się Kasia.

Z inicjatywy Piekart w Siedlcach powstał Integracyjny Klub Sportowy po to, żeby takie niepełnosprawne dzieciaki jak kiedyś ona, miały się gdzie realizować. – Trenowanie dzieci to największa frajda. Są posłuszne, nie buntują się. Szczerze się do tego garną, bez porównania z dorosłymi. Zajęcia są integracyjne, ale głównie jednak stawiamy na niepełnosprawne. Choć mam chłopaczka, który przymierza się do startów w oszczepie pełnosprawnych – opowiada Kasia.

Dodaje, ze IKS to jej pomysł na życie gdy już zawiesi lekkoatletyczne kolce na kołku. Wielu niepełnosprawnych startuje, dopóki ktoś ich powołuje, zgłasza, wysyła na zawody, ale potem nagle koniec. Ciężko im się pozbierać i znaleźć miejsce po zakończeniu kariery z racji wieku czy kontuzji. – Niestety wciąż u nas wielu niepełnosprawnych to osoby także niezaradne życiowo – mówi Piekart.

Ale i to się zmienia wraz z coraz większym zainteresowaniem społeczeństwa naszym sportem. Polski Komitet Paraolimpijski planuje uruchomienie w Polsce projekt „Dual Career” równoważący ścieżkę sportową, ścieżką kariery zawodowej. Bo nie każdy sam z siebie jest na tytle zapobiegliwy, przewidujący i zdeterminowany, żeby się o siebie zatroszczyć.

Kasia Piekart (z lewej), Paulina Malinowska – Kowalczyk i autor. Fot Renata Śliwińska 

Zostaw odpowiedź