ME Paraathletics. Jak Mateusz przestał nad sobą płakać i zaczął wygrywać

foto: Bartłomiej Zborowski/ Polski Komitet Paraolimpijski

Gdy Mateusz Michalski miał sześć lat, choroba zeżarła mu 90 procent wzroku. Oto opowieść jak przestał się nad sobą płakać i zawalać wszystkie niepowodzenia na słaby wzrok i z chłopca stał się mężczyzną. „Gdy zacząłem wygrywać na stadionie, zacząłem wygrywać w życiu”

We wtorek niedowidzący Mateusz Michalski zdobył srebrny medal paraatletycznych mistrzostw Europy w Berlinie w biegu na 200 m. Po raz kolejny przegrywając tylko z niedoścignionym rekordzistą świata, Jasonem Smythem. Gdyby chciał, mógłby ze swoją wadą startować w kategorii łatwiejszej, gdzie praktycznie nie miałby konkurentów. Ale za bardzo kocha rywalizację. Woli trudniejszych rywali, nawet takich nie do pokonania jak Irlandczykiem. –Wolę przegrać, ale z dobrym wynikiem niż wygrać ze słabym – mówi.

Czarna plama

Zawodnicy niewidomi i niedowidzący mają startują w trzech kategoriach. W T11 biegają ci, którym zostało do 5 procent wzroku. Startują z przewodnikiem. Ci w T12 mają do 10 procent wzroku i jeśli chcą, mogą startować z przewodnikiem, ale nie muszą. – To właśnie moja kategoria. Ale już tu wszystko powygrywałem. Na 200 m wciąż obowiązuje mój rekord świata. Jeśli na jakichś zawodach nie zdobywałem złota, to tylko dlatego, że przegrywałem z samym sobą – mówi.

– W T13 zawodnicy mają do 20 procent widzenia, ale mnie nakręca rywalizacja. Może nigdy nie pokonam Smytha – jest z innej ligi. Jego życiówka to 10:24, a w tym roku najlepszy rezultat na mistrzostwach Polski pełnosprawnych to 10:26! Ale sama pogoń za nim jest dla mnie doskonałą motywacją – wyjaśnia.

Ciężko dokładnie określić stopień niepełnosprawności niedowidzących zawodników, bo każdy ma inną chorobę. Mateusz cierpi od dziecka na chorobę Stargardta. Ma zniszczony centralny ośrodek oka i na wprost widzi tylko czarną plamę. Ale jego oko znalazło inne punkty dla widzenia. Idąc widzi kontury przedmiotów, ale już ma problemy z rozpoznawaniem osób. – Twarze mi się zlewają, są zamazane. Jak idę na zakupy, to nie widzę cen. Kładę produkty do koszyka i czasem dopiero przy kasie szok: „co, ile?” Bardzo stresujące jest dla mnie przejście na pasach przez ulicę. Mieszkam w Warszawie, dobrze że jest tu sporo przejść podziemnych. Idąc na trening wolę wybrać dłuższą trasę, były tylko najmniej przejść dla pieszych – mówi.

– Mam 31 lat i chcę radzić sobie sam. Chcę być samodzielny. Taką sobie zawiesiłem poprzeczkę – dodaje. Warszawa jako wielkie miasto jest bardzo niebezpieczna dla osoby niewidzącej. Najgorzej, że wszyscy tu żyją w pędzie. Ludzie chodzą tu najszybciej ze wszystkich, każdy – studia, praca. W dodatku nie ma podziału na lewo i prawo tylko śmigają mi przed oczami, aż się zatrzymuję albo staję pod ścianą, aż przejdą – mówi.

Z chłopca mężczyzna

Choroba Stargardta Mateusza ma podłoże genetyczne. Jego rodzicie mają wadliwy gen, który nosi w sobie co pięćdziesiąta osoba na świecie. – Tak się znaleźli, że na mnie się to przełożyło – mówi. Choroba zaatakowała go w wieku sześciu lat. W ciągu roku zjadł 90 procent wzroku. Na szczęście na tym się zatrzymała.

– Nie wiele pamiętam z tamtego okresu, głównie pobyty w kolejnych szpitalach i szukanie diagnozy. Zasmuconą mamę i jej płacz. Przypuszczano, że to guz mózgu, że zanik nerwu wzrokowego, że inne. Właściwą diagnozę postawiono dopiero cztery lata temu. Sam sobie zrobiłem badania, wysłałem próbkę krwi do Niemiec i wyszło, że całe to leczenie i szpitale były zupełnie niepotrzebne, bo choroba Stargardta jest nieuleczalna – opowiada.

Sport w życiu Mateusza pojawił się w licem integracyjnym. Mimo, że on sam wolał śpiewać. – Nie wiem czy mam talent, ale zawsze fascynowało mnie śpiewanie i śpiewacy. W szkole było kółko muzyczne, ale też sportowe. Zacząłem chodzi, bo mi się nudziło po lekcjach. Przez trzy lata bawiłem się w sport, żadnych efektów nie było. Jeździłem na zawody, ale nie międzynarodowe. Aż spotkałem trenera Adama Kaczora. Pod jego ręką w parę miesięcy urwałem sekundę na setkę i z chłopaka, który był 20. w rankingu zrobiłem się pierwszy. Wjechałem na poziom światowy i szczęśliwie jestem tam do dzisiaj – mówi.

Dodaje, że ma słów, by wyrazić jak wiele zawdzięcza sportowi. Przede wszystkim zobaczył, że nie jest sam. Że są osoby z podobnymi problemami, nawet gorszymi, a świetnie sobie radzą.

– Do 19. roku życia byłem delikatnym chłopcem. Często nad sobą płakałem. Byłem tak miękki, że wszystkie niepowodzenia zrzucałem na słaby wzrok, czyli na najsłabsze ogniwo. Sport pozwolił mi zbudować pewność siebie. Z chłopca stać się mężczyzną. To, że zacząłem wygrywać na stadionie sprawiło, że zacząłem wygrywać w życiu.

Trzeba też mieć szczęście

– mówi Mateusz wspominając srebrny medal z MŚ w ubiegłorocznych Londynie, gdzie drugie miejsce na podium (wygrał oczywiście Smyth) zapewnił sobie dosłownie rzutem na taśmę i szalonym atakiem na finiszu z czwartego miejsca. Wyprzedził Australijczyka Chada Perrisa o 0,01 sekundy!

– Żeby wygrywać takie końcówki trzeba biec na luzie. Startowałem z dziewiątego, bocznego toru, więc mogłem się skupić tylko na sobie. Pozostali biegli w środku, rywalizowali ze sobą i przez to się spięli. Australijczyk z kimś walczył, ja biegłem swoje. No i rzuciłem się na mecie, on tego nie zrobił, może stąd ta setna sekundy – opowiada.

Czy biegnący bez protez, a jedynie z wadą wzroku Mateusz byłby w stanie rywalizować z zawodnikami pełnosprawnymi? – Nie widząc środka toru, podczas biegu nie patrzę przed siebie. Uciekam oczami w prawą stronę w dół, przez to kręcę głową i czasem także barkami. Zaburzona jest postawa i rytm – odpowiada.

Jego drugi problem to układanie stopy. Normalnie człowiek kładzie palce „na siebie”, żeby stopa się odbijała. – Ja przez to, że słabo widzę, schodząc z krawężnika czy schodów, szukam stopą podłożą, przez co zawsze jest opadająca. Podczas biegu też to niestety wychodzi, taki mam naturalny odruch. Te wszystkie niuanse przekładają na wynik – tłumaczy.

W tej sytuacji najważniejsza rzecz, to ustawić sobie w głowie myśl: jestem bezpieczny. Na nic nie wpadnę, o nic się nie przewrócę. Wszystko jedno czy na ulicy czy na stadionowym tartanie – mówi. Dodaje, że na treningu czuje się bezpiecznie, bo trener informuje otoczenie, że np. na czwartym torze biegnie niedowidzący zawodnik. Mają też system znaków i gwizdów.

– Z moim obecnym trenerem, Tadeuszem Suchem tworzymy zgrany duet. Przyjacielski, bo rozmawiamy nie tylko o bieganiu, ale także o sprawach życiowych. Jest doświadczony, więc chętnie słucham rad. Szczególną uwagę przykłada do techniki biegania. Jest bardzo pedantyczny, poprawiamy każdy najmniejszy szczegół. Tylko dla niego zgodziłem się na przenosiny do Warszawy, choć tak źle się w niej czuję. Ale to igrzysk paraolimpijskich w Tokio wytrwam na pewno – zapewnia.

Koniec triumfu treningów nad Walentynkami

Po japońskich igrzyskach Michalski będzie miał 33 lata i raczej zakończy karierę. I ma już konkretny pomysł na życie bez sportu. – Jeszcze zanim zacząłem osiągać jakiekolwiek sukcesy, myślałem nad tym co będę w życiu robił. Wiadomo, dla osoby niewidzącej najprostszą drogą jest masaż, zrobiłem więc dwuletni kurs masażu. I starałem się wiązać prace ze startami, ale fizycznie nie wytrzymywałem na treningach. 8-godzin przy kozetce nie dało połączyć z rywalizacją na poziomie startowym. Ale umiejętności mam, zamierzam otworzyć mały gabinecik masażu – mówi.

Całe swoje życie podporządkowałem sportowi. Mimo 31 lat nie mam żony ani dzieci. Byłem tak zajarany sportem, że to była moja największa miłość. Nie było takiego związku, dla którego gotów byłbym porzucić sport. Zawsze trening był u mnie ważniejszy od walentynek i randek. Chciałbym zacząć nowy etap życia, bo samotność to najgorsze co może człowieka spotkać – mówi Mateusz.

Mateusz Michalski i jego największy rywal Jason Smyth (w zielonej koszulce) foto: Bartłomiej Zborowski/ Polski Komitet Paraolimpijski

Zostaw odpowiedź