Maciek Sochal i jego maczugi

foto: Bartłomiej Zborowski/ Polski Komitet Paraolimpijski

Już osiem złotych medali zdobyli polscy sportowcy podczas lekkoatletycznych mistrzostwa Europy niepełnosprawnych Berlin 2018. W środę aż cztery, strącając Wielką Brytanię z pierwszego miejsca w tabeli medalowej.  W środę jako pierwszy rozwiązał worek z medalami dla Polaków Maciej Sochal, który podczas porannej sesji na Friedrich Ludwig Jahn Stadion obronił mistrzostwo Europy w rzucie maczugą. To dyscyplina stworzona dla osób z największym porażeniem mózgowym – czterokończynowym, mających niezborność ruchów. Często z trudem potrafiących zacisnąć dłoń na trzonku maczugi. Jest odpowiednikiem rzutu oszczepem, który byłby dla zawodników zbyt niebezpieczny.

– Chodzi o to, żeby nikt nie zrobił nikomu ani sobie krzywdy. Moja grupa jest tak poszkodowana, że rzucanie oszczepami wyglądałoby nieciekawie. Ktoś mógłby stracić oko, rany kłute albo jeszcze gorzej – tłumaczy Sochal.

Zawodnik Startu Koszalin, mistrz paraolimpijski z Rio de Janeiro był klasą sam dla siebie. Jako jedyny przekroczył barierę 30 metrów. Nie był jednak po zwycięstwie z siebie zadowolony. – Złoto cieszy, ale chciałem poprawić własny rekord świata, bo gdzie lepiej to zrobić jak nie na mistrzostwach Europy. Dobrze byłoby go wyśrubować, bo jest dwóch zawodników na świecie, którzy w każdej chwili mogą mi go odebrać – przyznał.

Choć Maciek Sochal porusza się na wózku, patrząc na niego ciężko uwierzyć, że ma porażenie czterokończynowe i był czas gdy miesiącami leżał sparaliżowany w łóżku i oddychał za niego respirator. Ważył wtedy ledwo 60 kg. Dziś – 90 kg, jego biceps mierzy 43 centymetry. Kiedyś z trudem unosił na siłowni gryf, dziś jest w stanie wycisnąć 130 kg.

– To efekt 15-letniego treningu, na początku nie wyglądało to tak kolorowo. W wieku 13 lat miałem operację wycięcia guza mózgu. Zakończyła się połowicznym sukcesem, bo zagrożenie życia minęło, ale lekarze chyba trochę za dużo czegoś usunęli, bo doznałem porażenia czterokończynowego – wiotkiego. Kiedy już po paru miesiącach mogłem usiąść na wózku, brak równowagi i duża niezborność ruchów sprawiały, że potrafiłem w drodze do łazienki strącić z półki telewizor.

– Zająłem się sportem za namową rodziców. Mama mnie wypchnęła z domu. Miałem z tym problem, wolałem siedzieć zamknięty w czterech ścianach, wstydziłem się przed ludźmi samego siebie. Sport mnie otworzył. Gdyby nie on, siedziałbym dziś w domu na rencie, bo wiadomo jak ciężko niepełnosprawnemu  znaleźć pracę. I pewnie nigdy nie byłbym zagranicą. Chciałbym, żeby przykład mojego uporu zainspirował osoby w mojej sytuacji. Nie krępujcie się prosić o pomoc, warto walczyć o swoje – mówi.

foto: Bartłomiej Zborowski/ Polski Komitet Paraolimpijski

Zostaw odpowiedź