ME Paraathletics. Michał Kotkowski, czyli z wody na ląd

foto: Bartłomiej Zborowski/ Polski Komitet Paraolimpijski

Dwukrotny mistrz Europy w biegach na 200 i 400 merów, Michał Kotkowski, to zaprzeczenie stereotypu osoby niepełnosprawnej. Filmowy uśmiech, modna fryzura, bijąca z niego radość i pewność siebie. A to dopiero początek jego kariery…

Trudno się dziwić, żeby ten filmowy uśmiech w ogóle nie schodzi Michałowi z twarzy skoro co bieg to zwycięstwo. Zauważyłem, że niemieckie wolontariuszki chichocząc dawały sobie sójki w bok, gdy schodził z bieżni, a jedna nawet pobiegła przed stadion zrobić z nim sobie zdjęcie.

Ktoś kto spotkałby go na ulicy nigdy by nie wpadł na to, że jest osobą niepełnosprawną. Ale też on wcale się taką sobą nie czuje. Choć 20 lat temu urodził się z jednostronnym porażeniem dziecięcym. Jednak rodzice, gdy tylko zostało to zdiagnozowane, natychmiast zaczęli rehabilitować go przez pływanie. – Można powiedzieć, że trenowałem pływanie od pierwszego roku życia. Przez 16 lat. Dopiero dwa i pół roku temu przerzuciłem się na bieganie. Nie jechałem więc do Berlina jako faworyt. Wciąż ciężko nam uwierzyć z trenerem, że osiągnąłem tak wielki progres w tak krótkim czasie – mówi Michał.

Na rozgrywanych na Friedrich Ludwig Jahn Sportpark mistrzostwach Europy Kotkowski najpierw wygrał bieg na 400 m. A następnego dnia na 200 m. Z podobną przewagą, bez dramatycznego finiszu, absolutnie dominując na bieżni.

– Oba mnie uciszyły, ale bardziej ten drugi. Bo na 200 m mam silniejszą konkurencję. Startują tu sprinterzy, stumetrowcy, którzy potrafią się bardzo szybko rozpędzić. Mój koronny dystans to 400 m, muszę więc ich gonić. Ale jak widać czasem mi się udaje – mówi. – Poza na ostatnich metrach czułem już ostry ból spiętych mięśni. Ale wytrzymałem – dodaje.

Był to jego pierwszy występ na ME i dopiero druga tak duża impreza tej rangi. Przed rokiem pokazał się z bardzo dobrej strony na MŚ w Londynie, gdzie zdobył brąz na 200 m. – Ani trener ani ja nie wierzyliśmy, że tamten start może się zakończyć medalem. A jednak nogi dały moc i medal wpadł – mówi.

Urodził się z dziecięcym porażeniem mózgowym, czyli – mówiąc prościej – niedowładem prawej strony ciała. – Przy większym wysiłku doznaję skurczu mięśni i nie jestem w stanie ich kontrolować. Na bieżni po w pewnym momencie prawa ręka przestaje się w ogóle ruszać. Ale nie od początku było to wiadomo. Po porodzie dostałem 10 na 10 w skali Abgar. Nie byłem ani wcześniakiem, ani nie było komplikacji. Wyglądało, że ze mnie normalny obywatel. Ale mamę zaniepokoiło, że biorę wszystko tylko w jedną rączkę – opowiada Michał.

Rodzice ruszyli na konsultacje. Kiedy po jakimś czasie któryś z neurologów zdiagnozował porażenie ręki i nogi, od razu zapisali małego na rehabilitację poprzez pływanie. W czasach podstawówki rehabilitacja przerodziła się w sport.

– Zdobyłem mistrzostwo i wicemistrzostwo, już nie pamiętam na jakich dystansach. Ale było mi mało. Szukałem większej rywalizacji, silniejszej konkurencji, jeszcze większych emocji. Moi rodzice od lata startowali w maratonach. A ja w dziecięcych zawodach biegowych na 5 km. Najpierw jednak po skończeniu gimnazjum przeszedłem okres buntu i kompletnie rzuciłem sport. Nie chciało mi się już spędzać godzin w basenie – wspomina.

Wytrzymał bez treningów dziewięć miesięcy. Nosiło go. Znów zapisał się na pływanie. Któregoś razu wystartował w crossowym biegu na 5 km w zawodach City Trial pod Poznaniem. Poszło mi nieźle. Postanowił zacząć regularne treningi biegowe na tym dystansie. Z miesiąca na miesiąc urywał po minucie.

– Gdy w piątym kolejnym biegu wyprzedził mamę, trener Andrzej Wróbel, znany poznański paraolimpijczyk w biegach na średnich dystansach, uczestnik igrzysk w Barcelonie, Atlancie i Sydney, powiedział: „dobra, trzeba ci opracować profesjonalny plan treningowy” – wspomina Michał.

Po roku okazało się, że Kotkowski jednak nie jest stworzony do dłuższych dystansów jak 800 i 1500 m. Brąz na MŚ w Londynie potwierdził, że 400 m to optymalny dystans.

Po zwycięstwie na 400 m Michał zadeklarował, że inspiracją przed startem był dla niego triumf jego idola, Adama Kszczota na 800 m dwa tygodnie wcześniej na ME w tym samym Berlinie. – Bardzo go cenię. Mam go „polubionego” we wszystkich mediach społecznościowych, podglądam starty, treningi, słucham rad jakich udziela. Ma sporą widzę. Jak dotąd nie udało mi się z nim porozmawiać, podpytać o różne kwestie. Spotkałem go podczas zgrupowania w Zakopanem, ale tylko zrobiliśmy sobie „selfie”. Może teraz uda się z nim porozmawiać jak mistrz Europy z mistrzem Europy – śmieje się Kotkowski.

Michał jest studentem I roku na Politechnice Poznańskiej, bo jak mówi, musiał sobie otworzyć jeszcze jedną furtkę na wypadek nagłego końca sportowej kariery. Bo to przecież może się zdarzyć każdemu. – Jakoś próbuję tam przetrwać. Może profesorowie złagodnieją, o ile się dowiedzą o sukcesach w Berlinie – żartuje.

– Nie wyobrażam sobie, jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie postawił na sport. Czasem się zastanawiam, czy gdyby był pełnosprawny, w ogóle bym się zaangażował w sport? Jeśli nawet tak, to na pewno nie zacząłbym treningów tak wcześnie, bo wiadomo, że w moim przypadku zaczęło się od rehabilitacji. Więc na pewno nie byłbym tu gdzie dziś – mówi Michał.

Ma też nadzieję, że jego sukcesy choć trochę przybliżą sytuację jego grupy niepełnosprawności. W Polsce obowiązuje stereotyp, że osoba niepełnosprawna musi być albo po amputacji kończyny, albo jeździć na wózku.

– Mała jest świadomość problemów osób po porażeniach. Istnieje przeświadczenie, że ktoś taki jest upośledzony intelektualnie albo co najmniej ma problemy z mówieniem. A to przecież nie zawsze idzie w parze. Są ludzie po porażeniu mózgowym, którzy są bardzo sprawni intelektualnie. U niektórych zostawia ono po sobie jedynie bezwład ręki lub nogi – mówi Michał.

foto: Bartłomiej Zborowski/ Polski Komitet Paraolimpijski

Zostaw odpowiedź