Spowiedź i przestroga Janczyka

Polskie media obiegają kolejne wywiady z Dawidem Janczykiem, jeden bardziej przejmujący od drugiego. Piłkarz wydał właśnie autobiografię „Moja spowiedź”, w której ten wielki niegdyś talent polskiej piłki rozlicza się z choroby alkoholowej i zmarnowanej kariery.

Już same tytuły przyprawiają o ciarki: „Tak przechlałem swoją karierę”, „Mam wielkie szczęście, że jeszcze żyję”, „Wygrzebuję się z mułu”, „Jednej nocy umierałem pięć razy”, „W szpitalu krzyczałem przez sen w trzech językach. Musieli mnie przywiązać do łóżka”, „Mama Janczyka: Czasami myślę, że on chce się zapić”.

Aż zirytowany prezes PZPN, Zbigniew Boniek napisał w tweecie: „Następny wykolejony piłkarz bohaterem mediów, wstyd”, dołączając dwa kciuki w skierowane w dół. Bo niestety część portali i serwisów robi to dla samego epatowania najbardziej wstrząsającymi cytatami z autobiografii, pokazującej upadek i upodlenie uzależnionego człowieka. Wiadomo, to dopiero się wyklika! „Mógł być drugim Lewandowskim, grać w Realu, dziś jest wrakiem …”

Na szczęście powstały też wartościowe wywiady i artykuły, które oby były przestrogą dla obecnych i przyszłych piłkarzy oraz dla naszego całego środowiska. W którym wciąż – mam wrażenie – panuje przyzwolenie dla alkoholu, a ktoś kto „zapije i zawali” traktowany jest raczej z rozbawieniem, pseudo mołojecką sławą, niż z potępieniem. No chyba, że chodzi o powszechnie nielubianego piłkarza jak Sławek Peszko, wówczas hejt podlany jest moralnym potępieniem w stylu jak profesjonalista tak może…

To przyzwolenie i podejście „oj tam, oj tam” istnieje za równo po stronie  kibiców (bo kto z nas nie lubi się napić?) jak i klubów. Żeby daleko nie szukać przykładów, piłkarz dopiero co odwieziony przez policję na izbę wytrzeźwień za demolowanie po pijanemu o 2. nad ranem automatów z zabawkami, występuje w najbliższym(!) meczu Ekstraklasy.

Przyzwolenie to zostało nam jeszcze pewnie z PRL, kiedy to pili wszyscy, w każdym zawodzie i na każdym kroku trzeba było pijaństwo tuszować, inaczej nic nie ruszyłoby z miejsca. Zbigniew Boniek powiedział mi kiedyś, że gdyby w tamtych karano piłkarzy za balowanie i picie, to nigdy nie doczekalibyśmy się Mazurka Dąbrowskiego na olimpiadzie w Monachium w 1972 o medalach mistrzostw świata w 1974 i 1982 roku nie mówiąc. Nie miałby kto grać.

On sam zresztą był przecież jednym z bohaterów najgłośniejszej afery alkoholowej PRL, gdy w grudniu 1980 ówczesny selekcjoner reprezentacji Ryszard Kulesza wyrzucił z kadry Józefa Młynarczyka, bo zjawił się pijany na Okęciu przed wylotem na zgrupowanie. Boniek wraz z Władysławem Żmudą i Stanisławem Terleckim wstawili się wówczas za kolegą, za co zostali zawieszeni. Nikt mi nie powie, że opinia publiczna tak wtedy jak i dziś w całości nie była po stronie piłkarzy. Przyznaję, że i moja także.

Odwieszeni zdobyli dwa lata później trzecie miejsce na mundialu w Hiszpanii. Też nie na trzeźwo – jak możemy przeczytać w znakomitej autobiografii Andrzeja Iwana „Spalony” o własnych wieloletnich zmaganiach z uzależnieniem nie tylko od alkoholu. Dziś Iwan mówi, że obecni piłkarze to przy tamtych „prawdziwe aniołki”, ale w reprezentacji jak się piło, tak się pije. To nie przypadek, że w ostatnich latach swoje afery alkoholowe mieli w ostatnich latach i Leo Beenhakker i Franciszek Smuda i Adam Nawałka.

Ciekawe, że czasy się zmieniają, sportowcy stają co raz bardziej profesjonalni, Robert Lewandowski wyznacza trendy zdrowego prowadzenia się, a wciąż znajdują się tacy, którzy myślą, że im wolno, że to bez wpływu na organizm, na późniejszą postawę na boisku.

W kwestii przyzwolenia na alkohol i lekkiego, zabawnego podejścia do tematu zrobił Wojciech Kowalczyk. Po pierwsze w swej zawadiackiej autobiografii „Jak goliliśmy frajerów”, ale jeszcze bardziej w pamiętnym wywiadzie dla „Dziennika” po wyrzuceniu z kadry Peszki przez Smudę po „aferze taksówkowej”. Przekonywał wówczas, że dobry piłkarz pije, bo może. Bo „się nie boi, jest pewny siebie, pewny swoich umiejętności. Ci, którzy nie piją – albo mówią, że nie piją – to zazwyczaj zwykłe ciapy, które nic nie potrafią. I boją się, że jak ktoś ich złapie, to wyrzuci z klubu. Dobry piłkarz się nie boi. Im lepszy klub, tym piłkarze więcej piją. Oburzać się na to mogą tylko ci, którzy nawet nie otarli się o futbol czy o sport zawodowy. Kto był najlepszym piłkarzem świata? Maradona, który ćpał i pił” – mówił wówczas. Jak lubię i cenię Wojtka, tak uważam że tym wywiadem wyrządził sporo szkód zapatrzonym w siebie młodym zawodnikom.

Myślę, że ze stosunkiem do „idących w tango” piłkarzy jest u nas trochę jak ze stosunkiem do pijanych kierowców. Generalnie potępiamy, zwłaszcza jak któryś spowoduje wypadek. Ale ilość łapanych miesiąc w miesiąc pijaków za kółkiem pokazuje, że ktoś im polewa choć wie, że na imprezę przyjechał wozem, nie wyciąga z samochodu, nie zamawia taksówki, siada na miejscu pasażera…

Choćby więc z racji tej przestrogi warto przeczytać książkę Janczyka. Jest tam m.in. okropna historia wypadku samochodowego, który spowodował po alkoholu, wioząc rodzinę, w tym nieprzypiętą do fotelika córeczkę…

„Spowiedź” Janczyka to także smutna opowieść o przeraźliwej samotności piłkarza w zagranicznym klubie. Znikąd wsparcia, znikąd rady jak nie poradzić sobie z ogromem fortuny jaka chwilowo na niego spadła. Nikogo, kto by poratował depresji. Powstrzymał ten lot w dół. Najpierw w Rosji, a potem po powrocie do Polski.

Może powinna powstać u nas instytucja na wzór brytyjskiej Sporting Chance Clinic. To poradnia, założona w 2000 roku przez byłego zawodnika Arsenalu, Tony’ego Adamsa, który sam był alkoholikiem, działająca pod egidą Zawodowego Związku Piłkarzy (PFA) i… Sir Eltona Johna. Przez całą dobę zawodnicy każdego szczebla rozgrywek mogą w niej otrzymać rady w razie kłopotów finansowych, wsparcie w razie depresji czy wyjścia z uzależnienia od alkoholu, narkotyków, hazardu, gier komputerowych itd. Do najsłynniejszych pacjentów należą Adrian Mutu, Joey Barton czy Paul Gascoigne, który publicznie stwierdził, że tydzień spędzony w Sporting Chance Clinic uratował mu kiedyś życie.

Zostaw odpowiedź