Filmowa historia czyli pean na cześć Bartosza Kurka

O wielkim triumfie polskich siatkarzy, którzy w niesamowitym stylu obronili mistrzostwo świata, zresztą jako jedyna polska drużyna w historii w jakiejkolwiek dyscyplinie, powiedziano i napisano już chyba wszystko. O Bartoszu Kurku, liderze „Biało-czerwonych”, który zasłużenie został wybrany na Najlepszego Zawodnika Turnieju, chyba też. W słowniku nie zostało już wiele słów pochwał jakimi by nie został obsypany.

Historia Bartka od „zera” do bohatera – zera w oczywiście w cudzysłowie, bo mowa o wielce utytułowanym zawodniku – jest zbyt piękna, zbyt filmowa by się jeszcze raz nad nią nie pochylić. Mamy tu wszystko czego potrzebuje dobry scenariusz: wielki talent, szybki sukces, „sodówkę”, konflikt z trenerem, odrzucenie, wielki zawód, krawędź, przemianę, ciężką pracę, największy triumf z drużyną i indywidualny, spełnienie.

Zwłaszcza ci, którzy obcowali z nim na co dzień, koledzy dziennikarze opowiadają o mistrzowskiej przemianie Bartka. Nie tylko na parkiecie, gdzie wreszcie stał się kluczowy w kluczowych momentach. Także w kontaktach. Wreszcie otwarty, uśmiechnięty, nie czmychający chyłkiem po meczu z mix zony. Wywiady z nim to przyjemność. Elokwentny, rzucający cytatami z Michela Jordana czy poety Walta Whitmana. Dla dziennikarza – sportowiec marzenie.

Do tego ujmujący szacunkiem dla kolegów z drużyny i dystansem, a nawet humorem z jakim podchodzi do swych dawnych niepowodzeń, ale i z niespotykaną skromnością wobec świeżego sukcesu.

***

A przecież zupełnie by nas nie zdziwiło gdyby scenariusz tej historii potoczył się zupełnie inaczej, gorzko. Odstrzelony cztery lata temu z kadry przez trenera Stephane Antigę – niedawnego kolegę z drużyny – tuż przed rozpoczęciem mistrzostw świata, zmuszony był oglądać zwycięski turniej Polaków we własnym kraju w telewizji. Zagryzając się, że przechodzi mi koło nosa najwspanialsze przeżycie jakie mogło go spotkać w karierze.

Miał prawo czuć, że coś nieodwołalnie utracił. Że drugi raz przed taką cudowną szansą nie stanie. Do tego jeszcze czytał zgodne analizy, że tamten sukces Polaków był możliwy m.in. właśnie dlatego, że trener pozbył się go z drużyny. Bo kwestionował jego treningi, dawał upust frustracji, nie umiejąc pogodzić się z rolą rezerwowego. Bo podważał autorytet selekcjonera.

Wielu sportowców w podobnej sytuacji załamało by się. Być może tylko zrezygnowałoby na zawsze z gry w reprezentacji, być może wręcz skończyło karierę. Straciło serce do gry i do ludzi. Żyło w goryczy i pretensji do całego świata. Wielu straciłoby i motywację i determinację. Ale nie Kurek. U niego jedna i druga przekroczyły podczas niedawnych mistrzostw świata wszelkie dozwolone poziomy!

***

Co za przykład dla innych sportowców, zresztą wszelkich dyscyplin jak  podnieść się po porażce. Że warto potraktować klęskę jak ważną życiową lekcję. To podejście pozwoliło mu zresztą przetrwać kolejny kryzys, gdy po rozczarowującym występie na igrzyskach w Rio ogłosił wypalenie mentalne i stratę pasji do grania. Na szczęście tylko na tydzień…

Miał przy tym szczęście, że trenerem kadry został Vital Heynen, który od samego początku miał na Kurka pomysł i obdarzył go zaufaniem. I stawiał na niego wręcz ślepo, wbrew przestrogom, że ten zawiedzie go w kluczowym momencie. Nie zawiódł. Dzięki wielkiej determinacji ich obu i ciężkiej pracy nad formą Bartka, który nadrabiał zaległości z sezonu.

Sukces polskiej drużyny zawsze cieszy, to że został dostrzeżony wielki wkład jednego z zawodników w ten triumf i nagroda MVP turnieju dla niego – cieszą jeszcze bardziej. Ale najbardziej krzepi reakcja na to wszystko głównego zainteresowanego. Żarty Bartka, że doskonale wiedział jak smakuje mistrzostwo świata, bo przez cztery lata pytał o to chłopaków. Albo – gdy samolot z kadrą doleciał spóźniony na Okęcie – że siatkarze spóźnili się kilka godzin, ale on spóźnił się cztery lata. Ale już jest na tej imprezie i jak wjechać to od razu z buta.

Słowem – dystans. Żadnego obnoszenia się z krzywdą. Znalazł się wysoko ponad nią. Nie wbijał nikomu szpilek, nie brał na nikim rewanżu. Nie musiał. Okazał się na to za wielki. Z Antigą są dziś zresztą w przyjacielskich relacjach. Francuz stwierdził zresztą po finale, że najmilsze dla niego było oglądanie jak świetnie prezentował się Kurek. „Dostał tytuł MVP i zasługiwał na to. To dla mnie najpiękniejsza historia tego roku” stwierdził w rozmowie z Interią.

***

Zwróciłem uwagę, że Bartek w wywiadach unikał słowa „ja”, przedkładając je nad „my”. „Cieszę się, że zapewniliśmy rodakom trochę uśmiechu przez te ostatnie trzy tygodnie”, „Byliśmy bardzo mocni mentalnie”, „Graliśmy najbardziej kompletną siatkówkę na tych mistrzostwach” itd. Jeśli już wypowiadał się w pierwszej osobie to mówił: „Jestem z nas bardzo dumny”, „Ja miałem obok siebie codziennie trzynastu wojowników, zawsze mogłem na nich liczyć i bez ich wsparcia nie zostałbym MVP”.

W wywiadzie dla „PS” dodał zresztą, że nie ma większego znaczenia, kto jest MVP. „Tak naprawdę mógł nim zostać każdy z nas. Gdyby nie wszyscy zawodnicy w naszej kadrze, nie bylibyśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy. Przecież to, co zrobił Olek Śliwka w meczu z USA, to było coś niesamowitego. Wszedł w trudnym momencie i uspokoił naszą grę. Byłem w szoku, kiedy zobaczyłem, co robi na boisku”.

Wreszcie zamieścił piękny wpis na Instagramie, wklejając zdjęcie z okładką „PS”, na której ściskał się z Michałem Kubiakiem, podpisując „oh Captain, my captain”.

Jak powiedziała mi nie dawno psycholog sportowy, Daria Abramowicz, o wielkim mistrzostwie świadczy to jak zawodnik radzi sobie z niepowodzeniami w karierze, ale także to jak radzi sobie z sukcesem gdy w końcu na niego spłynie. Bartek Kurek to wielki mistrz!

Zostaw odpowiedź