Kapitan ampfutbolowej reprezentacji Polski: By nikt ze stada nie zboczył z drogi

fot. Bartek Budny

Wiara w Boga pozwoliła mi szybko zaakceptować wypadek. Uwierzyłem, że zdarzył się po to, żeby wyniknęło z niego coś dobrego. Staram się być takim człowiekiem i kapitanem, żeby tak właśnie było – mówi kapitan amfutbolowej reprezentacji Polski, Przemysław Świercz.

Ten dzień zaczął się dziwnie. Byliśmy już prawie tydzień na motocyklowej wyprawie w Norwegii z grupą przyjaciół, a tu rano nagle motocykl nie chce odpalić. I nie wiadomo dlaczego. Grupa czeka, stres. Pomajstrowaliśmy przy nim i w końcu odpalił po pół godzinie. Pojechałem na krótką przejażdżkę, żeby sprawić czy wszystko okej. Po drodze poklepałem go po baku, jak kowboj rumaka i zapytałem: „co ty mi chciałeś powiedzieć? Czy mam dziś nie wyjeżdżać w trasę? Pojechać później?”

Motocykle były moją pasją. Marzyłem o hondzie shadow, ale udało mi się uzbierać pieniądze tylko na suzuki marauder. To tzw. cruiser czyli motocykl do turystyki. Z niskim położeniem siedzenia i kierownicą wydłużoną ku tyłowi. Nie służy do ścigania, takich unikałem. Uwielbiałem jechać powoli, delektować się krajobrazem, cieszyć drogą. właśnie po to pojechałem w 2009 roku do Norwegii.

Wtedy postanowiliśmy zmienić plany i zboczyć do Stavanger. Byliśmy może 30 km od celu, gdy nagle na wąskim łuku drogi, z naprzeciwka wyrósł przede mną camper. Jechałem blisko środka drogi, motocykliści jeżdża tak „na zakładkę”. Na liczniku miałem maksymalnie 50-60 km/h. Gdybym jechał szybciej, pewnie byście teraz tego nie czytali, bo uderzyłem w sam środek wozu. Nawet nie zdążyłem przyhamować. Ostatnie co usłyszałem to narastający huk blachy.

Wolne miejsce

Ostatnią rzeczą o jakiej pomyślałem było „co ja teraz powiem rodzicom?”. Jakbym wciąż był szkrabem, który coś przeskrobał. A przecież byłem już starym koniem, miałem 29 lat. Ocknąłem się na asfalcie. Sprawdziłem czy mam czucie w rękach, czy kręgosłup w porządku. W porządku. To mnie uspokoiło. Podbiegł do mnie kolega, spojrzał na nienaturalnie wygiętą nogą i aż go cofnęło. To był sygnał, że jednak jest daleko od okej…

Gdy obudziłem się w szpitalu po operacji, poczułem radość. „O kurczę, jednak żyję!”. Kiedy lekarz powiedział, że musieli mi amputować nogę, wydało mi się to po prostu małym szkopułem. Tak? No trochę szkoda. Czułem wdzięczność, że uratowali mi kolano. Po studiach na AWF wiedziałem bez niego funkcjonowałbym znacznie gorzej.

Najtrudniejszym momentem było zawiadomienie o amputacji bliskich. Telefon do rodziców i do mojej przyszłej żony, Asi. Najpierw do niej. Wpadła w histerię, rozłączyła się. Odzwonił jej tata. W końcu znów ona. Ustaliliśmy, że przyleci. Siostra też w płacz. Dopiero na drugi dzień pojechała powiedzieć mamie. Tylko tych przeżyć najbliższych żałuję i z tego powodu nigdy nie wsiądę na motor, choć bardzo bym chciał. Mama mówi, że do dziś na widok motocyklu robi jej się słabo.

Natomiast ja od początku miałem dystans. Kiedy rodzina w końcu doleciała do szpitala, nie miała gdzie usiąść w ciasnej salce. Powiedziałem im wtedy: siadajcie na łóżku, jest miejsce, przecież nie mam nogi. Wtedy po raz pierwszy się uśmiechnęli. Jak mi później opowiadali, zeszło z nich powietrze. Dostali sygnał: „kurde, będzie dobrze”. Skoro on się nie załamał, no to i nam nie wypada.

Sport i Bóg

Skąd u mnie ten brak litowania się nad sobą? Bo od razu wiedziałem co dalej. Sport! Sport był w moim życiu obecny od zawsze, więc musiał stać się naturalną drogą poradzenia sobie w nowej sytuacji. Jako mały brzdąc ganiałem za piłką. Od rana do wieczora z chłopakami na osiedlu. Zacząłem treningi w Narwi Ostrołęka skąd pochodzę. Grałem tam do wieku juniora młodszego. Poszedłem na warszawski AWF, gdzie nadal grałem w piłkę. Z czasem porzuciłem jednak futbol dla drugiej pasji, czyli tańca ludowego.

Więc od razu zacząłem szukać dyscypliny.  Zacząłem od pływania. Potem miałem przygodę z koszykówką na wózkach. Ale gdy odkryłem ampfutbol, wsiąknąłem na dobre i do teraz.

Przede wszystkim jednak załamać się nie pozwoliła mi wiara w Boga, bez której w ogóle nie wyobrażam sobie funkcjonowania na świecie. Boga wizualizuję sobie jako wielkie drzewo, a moje życiowe sprawy to listeczki. Osadzam sobie swoje listki na gałęzie. Wierzyłem głęboko już wcześniej. To nie było tak, że dopiero wypadek i cudowne ocalenie mnie nawróciły.

Uznałem, że Pan Bóg postawił mnie w takie sytuacji po coś. Skoro stało się, co się stało, to weź, Przemku ogarnij się i wyciągnij z wypadku to co najlepsze. Np. to że możesz pokazywać dzieciom na pływalni, gdzie podjąłem pracę, że strata nogi to nie koniec świata. Że z protezą też da się żyć i być szczęśliwym.

Na każdym kroku szukałem dobrych rzeczy. Np. pomoc ludzi z jaką się spotkałem, gesty wsparcia, zbiórka na protezę jaką zorganizowali przyjaciele – wszystko to odebrałem jako wielkie dobro. Coś co pozwoliło mi zacisnąć przyjaźnie, uwierzyć w ludzi. Wreszcie to, że mogłem pomagać w rozwijaniu ampfutbolu w Polsce, budowaniu tej drużyny. Jako kapitan pomagać odnaleźć się w niej kolejnym zawodnikom.

Przełom

Ampfutbol odkryłem w 2011 roku. Trafiłem na drugie zgrupowanie jakie odbyło się w Polsce. Już wcześniej ciągnęło mnie do piłki. Na obozach na które jeździłem z dzieciakami jako instruktor zdarzało mi się grać z nimi o kulach. Aż na jakimś portalu przeczytałem relację z pierwszego zgrupowaniu piłkarzy po amputacji i zachętę, żeby dołączać.

Następnego dnia zadzwoniłem podekscytowany do Mateusza Widłaka, który rozkręcał ampfutbol w Polsce zameldować gotowość. Zaprosił mnie na kolejne  zgrupowanie. Dzień przed wyjazdem byłem w takich emocjach, że spotkam ludzi takich jak ja i będę mógł z nimi pograć, że nie mogłem zasnąć. W sali przy Polu Mokotowskim była nas cała zbieranina, każdy inaczej ubrany, każdy w innym wieku. Podczas meczu udało mi się przeprowadzić fajną akcję z 14-letnim wtedy Bartkiem Łastowskim, co zbudowało w nas obu pewność siebie.

Wróciłem do domu przeszczęśliwy. W kwietniu 2012 polecieliśmy do Manchesteru. Przełomem było dla mnie to, że trener Marek Dragosz wybrał mnie na kapitana. Czułem że się do tego nadaję. Że chcę tych chłopaków prowadzić, wzmacniać ich, pomagać w budowaniu zespołu. Uważałem, że mam kompetencje. Jeszcze przed wypadkiem skończyłem studia podyplomowe z zarządzania ludźmi w zespole. A po wypadku kolejne – akademię trenera biznesu, gdzie uczyłem się pracować nad własną świadomością.

Znaczy kapitan

Rolę kapitana rozumiem tak, że spinam ze sobą wszystkie osoby w grupie. Nie jestem jej przywódcą, nie kroczę na czele, nie wyznaczam drogi, jaką należy iść. To rola trenera. Moim zadaniem, niczym psa pasterskiego, jest pilnować, by nikt z naszego stada z tej drogi nie zboczył.

By mocne i słabe strony naszych „owieczek” przekuć na dobro zespołu. Żeby każdy z chłopaków czuł się w nim dobrze. Dbam o prawa i przywileje zawodników, ale i wypełnianie obowiązków. Żeby zwłaszcza młodzi zawodnicy pilnowali obowiązków, bo na przywileje dopiero zasłużą. Ważne, żeby wchodząc do zespołu uczyli się dawać mu z siebie to co najlepsze.

Przy czym wyznaje zasadę, że dopiero wtedy wolno mi wymagać od kogoś dania z siebie sto procent, jeśli najpierw sam dam z siebie sto procent. Chyba nie ma lepszego sposobu na przekazanie idei naszej reprezentacji jak samemu dawać przykład. Byłoby nie fair, gdybym sam dawał minimum, a wymagał maksimum.

Cały czas mam włączony wewnętrzy radar, który wychwytuje potrzeby zawodników, bo jedni są bardziej zamknięci w sobie, inni są ekstrawertykami i emocje mają na wierzchu. Do każdego staram się dopasować komunikację.

Chciałbym w przyszłości zostać trenerem, ale nie sportowym tylko mentalnym. Tam się widzę po zakończeniu ampfutbolowej kariery. Wiele uczę się od trenera mentalnego kadry, Kuby, który jest moim przyjacielem.

Chciałbym pracować ze sportowcami. Niekoniecznie niepełnosprawnymi i niekoniecznie piłkarzami. Uważam, że trening mentalny jest tak samo ważny jak sportowy. Mózg to mięsień, który trzeba trenować równie intensywnie co wszystkie pozostałe. Musi sprawnie pracować i podczas meczu i w trakcie przygotowań. Motywacja, audiowizalizacja, komunikacja z samym sobą i w zespole. Bo przecież w sportach indywidualnych też funkcjonuje zespół: fizjoterapeuci, serwismeni, psycholodzy itd. Wygrywa zawodnik, ale nie byłby w stanie bez wsparcia zaplecza. Tylko ten sportowiec, który to zrozumie, osiągnie coś w sporcie.

Przemysław Świercz pierwszy z prawej, hymn przed meczem Polska – Kostaryka na MŚ w Meksyku (fot. Bartek Budny)

Zostaw odpowiedź