MŚ w ampfutbolu. Łukasz Miśkiewicz: Czuwał nade mną Anioł

(fot. Bartek Budny)

Bramkarz ampfutbolowej reprezentacji Polski pracował w kopalni na przodku. Gdy maszyna wciągnęła mu rękę… oderwał ją sobie, inaczej „zostałby przerobiony na pasztet”. Trzy dni później w szpitalu już szukał sobie dyscypliny sportu…

Gdy ampfubolowa kadra chce zaapelować do kibiców o wsparcie, oczywiście zgłasza się Łukasz Miśkiewicz. Przemawia do kamery na tle reszty chłopaków bez przygotowania, bez kartki, bez powtórek. Leci na pełen spontan: „Dziś zaczynamy walkę o marzenia, wojnę o mistrzostwo świata. Stoimy dumnie, bark w bark, ramię w ramię. Wy też jesteście częścią naszej ampfutbolowej drużyny. Wspierajcie nas, oglądajcie mecze, kibicujcie, a nikt nas nie pokona. Panowie, kto wygra mecz?!” – Polskaaa! – wrzeszczą pozostali.

Gdy trzeba zawiesić o oknie autobusu biało-czerwony szalik z napisem „Amp Futbol Polska” – przywiązuje go „Misiek”. Swoją jedyną ręką. Gdy trzeba rozśmieszyć spiętą drużynę – nikt lepiej od niego nie rozładuje atmosfery. Albo wręcz przeciwnie, gdy trzeba nakręcić chłopaków w drodze nam mecz, np. śpiewając nieoficjalny hymn kadry: „Takie chwile jak te, to nasze zwycięstwo…” Kamila Bednarka – najgłośniej wydziera się „Misiek”.

Po każdym zwycięskim meczu wszyscy czekają na jego rytuał wypisania flamastrem na białym bucie kolejnego wyniku, odznaczenia kolejnego skalpu.

Gdy na siedzeniu autobusu wybija ręką rytm kolejnego motywującego hitu, widać, że całe jego przedramię pokrywa tatuaż anioła.

Ktoś o mnie powalczył

– Zrobiłem go po wypadku. Mało brakowało, a bym go nie przeżył. Ktoś tam w tej kopalni, na dole w tych ciemnościach musiał nade mną czuwać. No kto jak nie anioł? – mówi. Oto jego opowieść.

„Oczywiście pomogli mi górnicy, z którymi pracowałem. Ale to było ponad kilometr pod ziemią, 4,5 km pociągiem od głównego szybu na powierzchnię. To prawdziwy cud, że się nie wykrwawiłem w drodze do szpitala. Ktoś o mnie powalczył. Dlatego tatuaż przedstawia walkę dobra ze złem.

Co robiłem w Kopalni Knurów? Po odsłużeniu wojska i skończeniu resocjalizacji po prostu nie mogłem znaleźć innej roboty. U nas w Jastrzębiu jest Zakład Karny półotwarty, jeden z największych w Polsce. Ale akurat nie było przyjęć. Na kopalni w państwowej spółce bez znajomości też bez szans na pracę. Co innego w podpiętych pod nią prywatnych firmach. Tam biorą wszystkich, nawet bez górniczego wykształcenia.

Nie kopałem węgla, nie fedrowałem ściany, ale też pracowałem na przodku. Moja firma budowała betonowe zabezpieczenia, żeby konstrukcja pod ziemią się nie zawaliła. Wtłaczaliśmy szybkoschnący cement i korytarz wyglądał jak piwnica. Cholernie ciężka robota. Bywało, że dziennie przenosiłem na plecach 8-9 ton cementu. Każdy worek ważył 30 kg, zdarzało mi się przenieść takich trzysta. Nie narzekałem, bo praca była na akord, im więcej metrów zrobiliśmy tym więcej zarabialiśmy.

Najgorsze, że trzeba było harować w maskach, w pyle węglowym, który ogranicza widoczność. Mieliśmy tam tylko lampy górnicze na czołach. Jak wyciągałem przed siebie rękę, to już dłoni nie było widać.

Feralnego dnia na koniec zmiany czyściłem uwaloną cementem maszynę. Lej się tak zapchał, że nic nie wpadało do środka. Zdjąłem sito zabezpieczające, czego nie powinienem robić, ale chciałem je tylko opukać, żeby wypadły resztki. Nagle coś nade mną huknęło. Wystraszyłem się, że coś się wali – w końcu to kopalnia – i odruchowo się schyliłem. I wtedy maszyna pociągnęła mi rękawicę wraz z dłonią i zaczęła nawijać na taki ślimak jak w maszynce do mielenia mięsa. Usłyszałem i poczułem chrzęst łamiących się kości nadgarstka…

Zaraz wciągnęła by nie całego razem z głową i resztą. Zaparłem się brzuchem o maszynę i oderwałem sobie rękę. Skórę, włókna mięśni, pogruchotane kości. Inaczej byłoby po mnie. Ta maszyna potrafiła miażdżyć kamienie. Zacząłem krzyczeć i położyłem się w bezpiecznym miejscu, żeby nie stwarzać zagrożenia. Zbiegli się koledzy z firmy i górnicy z przodka. Opatrzyli mnie prowizorycznym opatrunkiem, który każdy górnik nosi w kasku. Włożyli na wózek z cementem, potem pociągiem do centralnego szybu i na powierzchnię.

Napastnik z porcelany

Byłem w takim szoku, że nie czułem bólu, martwiłem się tylko czy przeżyję krwotok. Gdy obudziłem się w szpitalu po operacji przy łóżku siedzieli rodzice. Mama z siostrą w strasznym stanie. Ja naćpany morfiną i innymi środkami. Ale jak leki puściły i dotarło do mnie co się stało, to też popłakałem. Szkoda tej ręki, a ja jeszcze byłem praworęczny.

Ale już trzy dni później byłem pogodzony z losem i szukałem dla siebie sportu. Wyczytałem o ampfutbolu ale wtedy w 2012 istniała tylko reprezentacja, nie było jeszcze lig. Pomyślałem sobie, gdzie ja do kadry. Olałem temat.

Brat kolegi ze studiów był trenerem rezerw GKS Jastrzębie. Szukał zawodników, ogłosił dzień otwarty, żeby skompletować skład. Kochałem grać w piłkę, poszedłem spróbować i o dziwo wzięli mnie na napastnika.

Brak ręki na początku w ogóle mi nie przeszkadzał, jeśli już komuś to naszym rywalom. Gość bez ręki był dla nich czymś egotycznym. Traktowali mnie jakbym był z porcelany. Obchodzili się ze mną ostrożnie dzięki temu robiłem co chciałem i strzelałem sporo goli.

W końcu mnie to wkurzyło. Chciałem być traktowany równo, poprzepychać się, powalczyć, przecież o to chodzi w piłce. Podczas meczu powiedziałem do rywali „słuchajcie, ja nie mam ręki, ale mam obie nogi. Zacznijcie grać ze mną normalnie”. Od razu dostałem jedną drugą kosę po nogach i skończyło się specjalne traktowanie. Strzeliłem w sezonie 12 goli i awansowaliśmy z C-klasy do B-klasy. Chyba tylko z jedną porażką.

W kolejnym sezonie skład się rozleciał. Ale w międzyczasie na klubowego mejla przyszedł list od jakiegoś pana z Będzina, który szukał ludzi do drużyny ampfutbolowej w Psarach. Pojechałem na turniej do Warszawy. Tam zagrałem po raz pierwszy w ampfutbol. Z tym, że w barwach Gryfa Szczecin, ponieważ klub w Psarach w końcu nie powstał. Po meczu podszedł do mnie trener Marek Dragosz i zaproponował, żebym sprawdził się w kadrze. Pojechałem na zgrupowanie do Szczawnicy. Od tamtego czasu jestem z nią związany na dobre i złe.

Bezpowrotnie utracona praworęczność

Po wypadku najtrudniej było mi przejść na jednoręczność. I zarazem leworęczność. Do dziś mam kłopoty z pisaniem. Cały czas jakby ta prawa ręka chciała pisać. Bazgrzę „po doktorsku”, czyli jak lekarze na receptach. Musiałem też od zera uczyć się wszystkich domowych czynności. Metodą prób i błędów. Na przykład raz chciałem rozkroić bułkę. Trzymałem ją od góry kikutem tak, że urżnąłem kawałek ciała. Musiałem wypracować inne trzymanie noża.

Do dziś mam problem z zawiązaniem butów. Tak porządnie, na mecz muszę prosić chłopaków z drużyny o pomoc. Spieramy się czy łatwiej żyć bez ręki czy bez nogi. Wg mnie, ja mam łatwiej. Oprócz ampfutbolu mogę grać w normlaną piłkę, co uwielbiam. Nogi mnie wszędzie zaniosą. Mogę się wspinać gdybym chciał. Jestem bardziej mobilny. Oni upierają się, że obiema rękoma wykonają każdą pracę, w domu czy gdziekolwiek. No i brak ręki widać, a brak nogi zawsze da się ukryć w nogawce.

Moje początki na bramce w ampfutbolu były bardzo trudne, bo po pierwsze nigdy tego nie robiłem, nawet mając obie ręce. Tyle co na podwórku, jak graliśmy na zmiany. Ale mało się przykładałem, bez żadnych tam parad. Odbębnić swoje i z powrotem do ataku. Najciężej było nauczyć się rzucać. Po tym pierwszym turnieju byłem tak potrzaskany, że nie mogłem się schylić po buty. Żebra bolały jak cholera.

Z czasem te wrażliwe miejsca się przyzwyczaiły. Za to tak długo grałem jako napastnik, że stojąc na bramce jestem w stanie przewidzieć co zrobi rywal. Wyczuć go. Nieźle też gram nogami. Nie łatwo było też ogarnąć zasady bronienia w ampfutbolu, jak się ustawiać, jak przesuwać. Długo też uczyłem się wyrzucać piłkę jedną ręką, w dodatku lewą. Przed wypadkiem potrafiłem prawą ręką rzucić ładnie i daleko. Lewą nie umiałem się złożyć. Wszystko było nienaturalne. Wyglądało jakbym rzucał granatem. Musiałem to długo katować, żeby wyćwiczyć.

Poza schematem

Z Kubą Popławskim rywalizujemy o miejsce w bramce reprezentacji, ale to jest braterska rywalizacja. Jeden wspiera drugiego, jeden za drugiego trzyma kciuki i przeżywa, żeby tamten jak najlepiej wypadł.

Kuba jest w bramce o wiele bardziej spokojny ode mnie. Pewny tego co ma zrobić. Ja funkcjonuje poza schematem. Jestem żywiołowy, postrzelony. Nie kalkuluję co robię. Czasem pozwala mi to wybić jakieś beznadziejne do obrony piłki.

Patrząc na statystykę wpuszczonych goli i obronionych strzałów jesteśmy na podobnym poziomie. To dobrze dla zespołu, bo gdyby coś się stało, ten który wejdzie nie obniży poziomu. Będzie bronił tak samo.

Którego z nas nie wskaże trener, zbijamy piątki i trzymamy kciuki za siebie. Na ostatnich mistrzostwach Europy w Stambule Kuba zaczynał turniej, a ja kończyłem w wygranym meczu o trzecie miejsce. Tu Kuba jak na razie zagrał z Kolumbią i Japonią, a ja z Kostaryką.

To normalne podejście w naszej drużynie. Dziś tworzy ona monolit. Są w niej ci, którzy powinni być. Ciężko byłoby kogokolwiek wymienić na innego zawodnika. Wszystko się zazębia, dotarło się. Relacje między nami z kolega z kolegą, przerodziły się w brat z bratem. Każdy z nas dużo już przeszedł w życiu i my wspólnie dużo ze sobą przeszliśmy. Były łzy szczęścia, były porażki. W życiu i na boisku. To sprawia, że inaczej postrzegamy sprawy, mniejszą wagę przywiązujemy do drobiazgów, znamy priorytety. Jesteśmy bardziej rodziną niż drużyną”.

(fot. Bartek Budny)

Zostaw odpowiedź