MŚ w ampfutbolu. Trzy kroki do spełnienia marzeń

Reprezentacja Polski w ampfutbolu awansowała do ćwierćfinału MŚ w Meksyku! Polacy po emocjonującym meczu pokonali Haiti 2:1 dzięki dwóm golom Bartosza „Messiego” Łastowskiego

Łastowski powszechnie nazywany jest „Messim ampfutbolu” i to nie pomysł życzliwych rodaków, ale… samych Argentyńczyków. To oni tak właśnie ochrzcili Bartka gdy cztery lata temu na mundialu w Meksyku. Gdy w ćwierćfinale Bartek strzelił Argentynie dwa gole, w tym jeden po rajdzie przez pół boiska i przedryblowaniu wszystkich rywali, czołowy dziennik dał tytuł „El ‘Messi’ Polaco elimina Argentina”.

Najlepszy strzelec w historii reprezentacji Polski w  meczu 1/8 finału z Haiti udowodnił, że w stu procentach zasługuje na ten pseudonim. Faworyzowani, silni fizycznie, zbudowani jak gladiatorzy Haitańczycy zaczęli fantastycznie. Już w 2. min objęli prowadzenie po stracie jednego z Polaków i wyjściu sam na sam. Dziesięć minut później Łastowski wyrównał kapitalnym strzałem z rzuty wolnego w samo okienko. – Nie będę ściemniał, że celowałem w okno. Chciałem trafić mocno przy słupku, ale skoro były widły to świetnie. Przy drugim golu celowałem tam, gdzie bramkarz nie ma ręki i tam dostał – mówił po meczu Łastowski.

„Król strzelców” ubiegłorocznych mistrzostw Europy w Turcji przyznał, że z ulgą przyjął zdobycie pierwszych bramek na tym turnieju, do tego jeszcze tak ważnych. W pierwszych dwóch meczach – z Kolumbią i Kostaryką – nie trafił do siatki, a w ostatnim grupowym z Japonią nie zagrał z powodu kartek.

– Siedział we mnie ten brak skuteczności. Jak jakiś ciężar. Po tym pierwszym golu poczułem się jakby ktoś mu odciął łańcuch z wiszącym kowadłem. Poczułem wolność, radość z gry – dodał.

Po ostatnim gwizdku Polacy oszaleli z radości wbiegając na środek boiska. Ale już po chwili pokazali klasę, pocieszając zapłakanych Haitańczyków, szlochających w spazmach. Niepocieszony był też ich amerykański trener i założyciel drużyny, Fred Sorrells. Wpadł na pomysł w 2010 po pamiętnym trzęsieniu ziemi na Haiti. Udał się tam w styczniu, a już w październiku miał gotową drużynę na MŚ, choć wielu zawodników miało jeszcze niezaleczone rany i kilka operacji za sobą. Jak opowiadał, na MŚ w Meksyku osobiście przewiózł całą ekipę vanem z Fort Laudardale w Teksasie – prawie 2500 km w ponad 24 godziny… obracając trzy razy, bo van był zbyt mały na ludzi i sprzęt.

Drugim z bohaterów wygranego meczu, był bramkarz Łukasz Miśkiewicz, który znów miedzy słupkami zastąpił Kubę Popławskiego (obaj zagrali na MS po dwa mecze). „Misiek” kilka razy wybijał piłkę w sytuacji sam na sam z Haitańczykami. – Jeszcze trzy kroki do spełnienia marzeń! Najważniejsze, że nie zdeprymowała nas ta szybka strata bramki. Wykorzystali nasz błąd, ale w sumie ten gol nam pomógł. Zrozumieliśmy, że pali nam się grunt pod nogami i zaczęliśmy grać swoje. Kamień spadł z serca, bo po porażce z Japonią wkradła się w nie niepewność – mówił Miśkiewicz. O paradach nie chciał gadać. – Jestem od tego żeby bronić, połowy sytuacji już nie pamiętam. W meczu skupiam się tylko na piłce – stwierdził i poszedł do szatni, zgodnie z rytuałem, namalować na bucie kolejny zwycięski wynik.

W piątek 24:00 polskiego czasu Biało-czerwoni zmierzą się z Angolą. – To wicemistrz świata i bardzo silny rywal. Najsilniejszy zespół z Afryki. Bardzo wybiegany i mocny fizycznie. Trochę podobny pod tym względem do Haiti, któremu uległ w grupie. Nasz mecz będzie rewanżem za porażkę w półfinale mundialu cztery lata temu. Bardzo chcemy im się zrewanżować, bo nie byliśmy wtedy gorsi – komentował prezes AmpFutbol Polska, Mateusz Widłak.

Fot. Bartek Budny

Zostaw odpowiedź