Poznajcie ampfutbolistę! Bartek Łastowski, ochrzczony „Messim” przez… samych Argentyńczyków

Fot. Bartek Budny

Poznajcie jeszcze jednego ampfutbolistę! Bartek Łastowski, ochrzczony „Messim ampfutbolu” przez… samych Argentyńczyków

– Bramka bezpośrednio z rzutu rożnego to jakiś kosmos! – skomentował Robert Lewandowski w specjalnie nagranym filmiku na cześć reprezentacji Polski w ampfutbolu bramkę Bartosza Łastowskiego na MŚ w Meksyku, która dała Biło-czerwonym wygraną 1:0 z Hiszpanią w meczu o 7. miejsce.

Bartek ma 21 lat. Z reprezentacją Polski związany jest od lat… siedmiu! Trafił do niej przebojem jako genialny 14-latek. Prawdziwy lider drużyny. Gdy na mundialu w Meksyku dwa razy pauzował za żółte kartki, reprezentacja Polski przegrała oba mecze – grupowy z Japonią i miejsca 5-6 z Anglikami. „Król strzelców” ubiegłorocznych mistrzostw Europy w Stambule gdzie nasza kadra wywalczyła trzecie miejsce. Po tamtym turnieju klub mistrza Turcji zaproponował mu kontrakt, ale Bartek odmówił.

W Meksyku zdobył cztery gole. Z Haiti wyrównał kapitalnym strzałem z 20 metrów z rzutu wolnego w samo okienko. „Ciekawe czy znalazło by się choć trzech zawodników w Ekstraklasie, którzy mając dwie nogi potrafiliby uderzyć dokładnie tam gdzie chcą?” – komentowano na Twitterze. Internauci wpadli też w zachwyt, gdy w meczu o 7. miejsce z Hiszpanią trafił do siatki bezpośrednio z rzutu różnego. „Deyna by się takiej bramki nie powstydził!”

Oto jego opowieść.

***

Nazywam się Bartek, ale mówią na mnie „Messi”. Czasem „polski Messi”, czasem „Messi ampfutbolu”. Nie powiem, to bardzo miłe. Buduje, dodaje pewności siebie. Dla kogoś taka ksywka mogła by być ciężarem, przeszkadzać, wywierać presję. Ale nie dla mnie. Staram się co mecz udowadniać, że na nią zasługuję.

Fajnie jest to, że nie wymyślili jej dla mnie rodacy, koledzy z drużyny, żeby zrobić mi przyjemność. Nadali mi ją sami Argentyńczycy. Cztery lata temu na mundialu w Meksyku pokonaliśmy ich w ćwierćfinale. Zdobyłem wtedy dwa gole. Zwycięskiego na 2:1 po rajdzie przez całe boisko. Ruszyłem z piłką z naszego pola karnego i poszedłem na przebój, dryblując wszystkich rywali. Trafiłem po tym na nagłówki argentyńskiej prasy. Jeden dziennik dał tytuł „El ‘Messi’ Polaco elimina argentina”. Fajnie, że się przyjęło. Wtedy to był dla mnie szok, miałem dopiero 17 lat. Dziś już jestem przyzwyczajony.

Urodziłem się z niedorozwojem lewej nogi. Poniżej kolana nie chciała rosnąć. Mieszkamy w małej wsi Nowe Linie w Zachodniopomorskiem. Tak małej, że jak nam teraz zamknęli sklep, to już niczego innego nie ma. Same domy, może stu mieszkańców.

Lekarze długo zapewniali, że nogę da się wydłużyć i będę normalnie sprawny. Bardzo w to wierzyłem. Przekonywałem rówieśników, że jeszcze trochę i będę tacy jak oni. Normalny. Czekałem na ten dzień, kiedy stanę na dwóch nogach i będę w stanie na nich pobiec. W myślach stawiałem kroki: najpierw lewą, potem prawą stopę. Ależ to będzie wspaniałe uczucie!

Znosiłem w spokoju wszystkie cierpienia i byłem gotów na każde poświęcenie, byle tylko przybliżyć się do tego dnia. Najgorszy był aparat Lizarowa. To takie stalowe pierścienie, z których wystają pręty, które wchodzą w kość i mają zadanie ją wydłużyć. Mama wstawała co sześć godzin, żeby mi dokręcać śrubki.

Wyłem kiedy wyciągano mi te pręty na żywca, bez znieczulenia. Wszyscy, którzy byli ze mną, mdleli od mojego krzyku i tego widoku. Tylko mama wytrzymała.

Gdy w wieku 13 lat akurat poszedłem do gimnazjum, lekarze postawili na mnie kreskę. Powiedzieli, że jednak nie ma szans, żeby noga, pozbawiona kości strzałkowej i wielu innych elementów, urosła. Załamałem się. Mój świat legł w gruzach. Przestało mnie cokolwiek obchodzić. Najpierw wpadłem w okres przygnębienia, a potem buntu.

Natychmiast pogorszyło się mi się zachowanie w szkole. Rodzice co rusz wzywani byli do dyrektorki. Zacząłem robić głupie rzeczy, których dzisiaj się wstydzę. Na siłę chciałem zaimponować kolegom. Udowodnić, że mimo niepełnosprawności jestem w stanie wszystko zrobić tak samo jak oni, nawet najgłupszą rzecz. Źle by się to skończyło. Na szczęście w moim życiu pojawił się ampfutbol.

***

Któregoś dnia właśnie miałem wychodzić do szkoły, kiedy zawołała mnie mama sprzed telewizora. „Patrz, synek! Grają w piłkę o kulach! Może i ciebie da się gdzieś zapisać!” Pobiegłem oglądać. Spóźniłem się tego do szkoły, ale byłem zakochany w tym co zobaczyłem. Wiedziałem, że to coś stworzonego dla mnie.

Od małego uwielbiałem grać w piłkę. Co z tego, że jedną nogą. Pamiętam, że pierwszy mundial – w Korei w 2002 oglądałem zafascynowany jako pięciolatek. Kiedy tylko w wieku siedmiu lat dostałem pierwszą protezę od razu pobiegłem grać z kolegami w piłkę.

W szkole stałem na bramce i w nogę i w drużynie piłki ręcznej. Później jako napastnik w trampkarzach Sokoła Pyrzyce, występując na boisku z przypiętą protezą. Potem znów jako bramkarz w Unii Swochowo. Kolegom nie od razu przyzwyczaili się do protezy. Grali w strachu, że zrobią coś mnie albo sobie. Ale z czasem o niej zapominali.

Moim idolem długo był Artur Boruc. To były czasy gdy bronił w Celticu w Lidze Mistrzów. Ale pierwszą piłkarską koszulkę miałem z nazwiskiem… Cristiano Ronaldo. Z Reprezentacji Portugalii z numerem 17. Pamiętam jak w 2005 roku Cetlic Boruca grał w 1.8 finału Ligi Mistrzów z Barceloną. Trzymałem kciuki za Polaka. Ale gdy na boisko wszedł Leo Messi, wzbudził we mnie tak wielki podziw, taką chęć strzelania bramek i kreowania gry, że przestałem myśleć o staniu na bramce. Wiedziałem, że chcę być napastnikiem.

Zacząłem jeszcze więcej grać w piłkę. Także o kulach, bo proteza co i rusz mi się rozwalała. Graliśmy głównie na podwórku, na klepiskach, kępa na kępie. Orlików jeszcze wtedy nie było. Używałem najtańszych protez, z drewnianą stopą. Jedna pękła po miesiącu. Kolejna po trzech.

Wspaniale wspominam tamten czas. Nikt z nas nie miał komórek, tabletów, komputerów. Można było albo kopać piłkę, albo siedzieć w domu i się nudzić. Nawet telefony nie były nam potrzebne, każdy wiedział gdzie i kiedy zbiera się drużyna i robił co mógł, żeby dotrzeć na miejsce…

***

W tamtym programie w TV usłyszeliśmy, że poszukiwani są kandydaci do reprezentacji Polski. Chętni zaproszeni są na zgrupowania do Warszawy. Tata chwycił telefon i zadzwonił na podany numer. Na szczęcie po drugiej stronie nikogo nie zraził mój wiek. Powiedzieli: „a niech przyjeżdża!”. Zanim ja na dobre zdałem sobie sprawę co się dzieje, pakowaliśmy się z tatą do pociągu do Stolicy.

Takich mam fantastycznych rodziców! Zawsze mnie wspierali, nawet w okresie buntu. Cały czas starali zarazić sportem. Zachęcali, żebym trenował lekkoatletykę. Biegałem na 100 m. Pojechałem nawet na mistrzostwa Polski, ale trzykrotnie zająłem czwarte miejsce. Wystartowałem na zwykłej, drewnianej protezie. Nie było drugiego takiego jak ja, moimi rywalami byli niedowidzący. Może i słabo widzieli, ale za to mieli po dwie nogi, więc byłem bez szans. Bez żalu zdradziłem lekkoatletykę dla piłki nożnej.

Na pierwszych trzech zgrupowaniach reprezentacji ampfutbolu byłem razem z tatą, bo bałem się wielkiej Warszawy. Ale jak poznałem tych ludzi, wiedziałem, że sobie poradzę. Strasznie chciałem być częścią tego zespołu. Szybko zacząłem w nim dorastać.

W szkole nie robili mi problemów, bo jak usłyszeli, że jeżdżę reprezentować Polskę, to przyjęli to z dumą i z radością. Problemy zaczęły się dopiero jak poszedłem do dobrego prywatnego liceum. Rodzicom zależało, żebym zdobył jak najlepsze wykształcenie. Liceum słynęło z wysokiego poziomu i kładło ogromny nacisk na naukę. Osiągnięcia sportowe nie robiły na nikim wrażenia. Nie dawałem rady. Na szczęście rodzice zgodzili się mnie przenieść do szkoły sportowej.

Tam było inaczej. Doceniano sukcesy. Udało mi się też wygrać konkurs na to, który uczeń najdalej wywiezie w świat szkolną flagę. Ja dotarłem z nią aż do Meksyku, gdzie cztery lata temu też odbyły się mistrzostwa świata. Póki co odpuściłem zdawanie matury. Ale zamierzam do niej przystąpić.

Niedawno miałem ofertę gry w klubie mistrza Turcji. Nad Bosforem jest wielkie zainteresowanie ampfutbolem. Podczas ubiegłorocznych mistrzostw Europy w Stambule finał na stadionie Besiktasu przyszedł obejrzeć komplet widzów!

Mają tam aż trzy poziomy rozgrywek. W pierwszej lidze gra wielu świetnych cudzoziemców. To jedyne miejsce, gdzie z amfutbolu da się utrzymać.

Ale odmówiłem. Klub nie był w stanie dać mi gwarancji zarobków. Zmieniali też propozycję, najpierw mówili o zapewnieniu mieszkania, wyżywienia, a nawet przeloty. Potem się z tego wycofali. Potem znów zaoferowali, ale ja już nie bardzo wierzę. To nie UEFA, że piłkarz po podpisaniu kontraktu może być pewny, że klub go wypełni.

Cieszę się za to, że w Polsce ampfutbol coraz bardziej zyskuje na popularności. Cztery lata temu nikt w kraju nawet nie wiedział, że gramy na jakichś mistrzostwach świata. Nie było żądnych transmisji. Teraz są na Facebooku i w na stronie internetowej TVP. Ludzie nas oglądają, dzięki czemu dostajemy mocne wsparcie w mediach społecznościowych. Linki do transmisji naszych meczów  udostępniali nawet Łukasz Fabiański, Kamil Grosicki czy prezes PZPN, Zbigniew Boniek! W życiu bym nie pomyślał, że zainteresowanie będzie tak duże.

Jeszcze niedawno nie było mowy o żadnych sponsorach. Teraz są, dzięki czemu stać na nas lepszy sprzęt, np. specjalnie zamówione kule. Czy wreszcie porządne stroje. Podczas pierwszych zgrupowań byliśmy zbieraniną, każdy inaczej ubrany. Bardzo to doceniamy. Toteż i nasze podejście jest bardziej profesjonalne. Nikt nie odpuszcza treningów, o meczach to już nie mówię. Każdy zasuwa z dwa razy większą determinacją. Nikt nie chce zawieść „brata”.

Jednym z naszych sponsorów jest Robert Lewandowski. Miałem przyjemność poznać go i chwilę porozmawiać w hotelu w Katowicach. To było niezwykłe. Jestem raczej wygadany, ale byłem tak onieśmielony, że prawie się nie odezwałem. Ledwo się przywitałem. Moje serce kibica zwariowało i biło jak szalone. Musiałem się hamować, żeby nie uklęknąć przez Lewym i nie pocałować go w rękę albo but. Tak bardzo go podziwiam.

Ale w końcu wykrztusiłem, że strzeliliśmy z Lewym 50. gola w reprezentacji tego samego dnia! On w meczu eliminacji do mundialu w Rosji przeciwko Armenii, ja w tym samym czasie przeciwko Włochom. I jego kadra wygrała wtedy mecz i nasza też. Przybiliśmy piątkę. Świetnie, że łączy nas piłka.

Fot. Bartek Budny

Zostaw odpowiedź