Poznajcie ampfutbolistę: Krzysztof Wrona, autentyczny Turbokozak

Fot. Bartek Budny

Nogę stracił potrącony przez pijanego motocyklistę. Karetkę, która zabrała go do szpitala prowadził… kolega z drużyny. Po wybudzeniu pomyślał: „dobra, trzeba zacząć karierę w ampfutbolu”…

Krzysiek gra „na mózgu”, w środku pola. Charakteryzuje go siła spokoju, którą wprowadza do reprezentacji. Zresztą na boisku jak i poza nim. Umysł analityczny. Lubi przyjść piłkę, popatrzeć i idealnie podać tam gdzie trzeba – mówi o Krzysztofie Wronie prezes Amp Futbol Polska, Mateusz Widłak.

– Jest też kapitanem i mózgiem Kuloodpornych Bielsko-Biała, czołowej polskiej drużyny, która o włos przegrała właśnie mistrzostwo Polski. Niezwykle ważne ogniwo tego zespołu, który powstał zupełnie od zera. Urodzony kapitan. Pewnie byłby nim i w kadrze, gdyby nie to, że od powstania reprezentacji tę funkcję znakomicie sprawuje Przemek Świercz – dodaje.

Kumulacja pecha

Od dziecka uwielbiałem ganiać za piłką. Najpierw na podwórku, z sąsiadami. Już w podstawówce wychodziło mi to lepiej niż innym, często starsi brali mnie do składu. I to oni namówili mnie na treningi w lokalnym klubie przyzakładowym Kontakt Czechowice. Chciałem być napastnikiem, ale wylądowałem na obronie – opowiada Wrona.

Gdy nastały czasy, że przyzakładowe kluby zaczęły być piątym kołem u wozu dla zakładów pracy, Kontakt się rozpadł. Przeniosłem się do LKS Bestwina. Grałem tam do 23 roku życia, w międzyczasie skończyłem technikum samochodowe i zacząłem pracować w firmie produkującej uszczelki do aut, Trelleborg. Nie poszedłem na studia, bo nie pochodzę z zamożnej rodziny, chciałem jak najszybciej zacząć pomagać rodzicom.

To był czerwiec 2012 roku. Wracaliśmy nad ranem z grupą znajomych z festynu w Bestwinie. Szliśmy chodnikiem, grupkami po dwóch, trzech. Usłyszeliśmy narastający hałas i nagle zza zakrętu wyleciał motocykl i uderzył w nasza grupę. To były ułamki sekund, nie było jak ani gdzie uciec. Poza mną nikomu nic się nie stało. Kolega, który szedł obok mnie był tylko mocno poobijany. Kierowca motocykla też wyszedł z tego bez szwanku. Mnie niestety motor docisnął nogę do bariery energochłonnej i zmiażdżył podudzie.

Kierowca, jak się okazało, był nie tylko pijany ale miał zabrane prawo jazdy za jazdę po alkoholu. Miał wyrok w zawieszeniu. Później już podczas procesu okazało się, że go znałem. Mieszkał niedaleko ode mnie, chodziliśmy razem do szkoły Co więcej, motocykl nie miał wykupionego OC, ani nawet ważnego przeglądu technicznego. Wyszło, że urządzali ze znajomymi wyścigi.  Jeździli w kilka osób, zmieniając po okrążeniu. Czyli kumulacja pecha.

Sytuacja ocalenia

Tuż po wypadku nie przypuszczałem, że sytuacja jest aż tak poważna. Byłem przytomny. Przyjaciele skupili się nad mną i błagali, żebym nie patrzył na nogę, bo wygląda na strasznie zmasakrowaną. Raz rzuciłem okiem i spostrzegłem nienaturalnie wygiętą stopę. Więcej wolałem nie patrzeć. Ale myślałem że to może jakieś skomplikowane złamanie, parę miesięcy szpitala, rehabilitacji i wracam do pełni sprawności, znów będę śmigał za piłką.

Okazało się, że sanitariuszem w karetce która wiezie mnie do szpitala wojewódzkiego w Bielsku-Białej jest kolega z drużyny. Z którym jeszcze za czasów dziecięcych spotykaliśmy się co niedziela na asfaltowym boisku i rżnęliśmy w gałę bez względu na pogodę. Ja zorientowałem się od razu, że to on. I po imieniu do niego. On był w takim amoku pomocy, z tak wysokim poziomem adrenaliny, że dopiero w szpitalu pojął komu pomaga.

Podczas pierwszej operacji, w takcie której lekarze starali się poskładać ją do kupy, zostałem wybudzony z narkozy i poproszony o zgodę na amputację. Scena jak z Seksmisji. Wydobywam się z niebytu, otwieram oczy, widzę wianuszek osób ubranych na biało, w białych maskach na twarzy, pochylające się nade mną. Białe wnętrze, światło wali po oczach. Sam nie wiem jak ten mój pomysł wyglądał. I co by było, gdybym odmówił. Do szpitala ściągnięto już moją mamę, która również podpisała zgodę.

Ale mimo naszej zgody nogi nie amputowano. Lekarze postanowili o nią zawalczyć. Wycięli mi żyłę z drugiej, zdrowej i zrobili bypass, żeby ominąć zmiażdżone miejsce i skierować krew do stopy. Niestety po paru dniach okazał się, że nie ma krążenia. Kolejny zabieg. Tym razem byłem w pełni świadomy, że jadę na amputację.

Wbrew pozorom łatwo się z tym pogodziłem. Ja już znałem wartość życia. Miałem wówczas 26 lat. Mój starszy o 10 lat brat dokładnie w tym wieku zmarł z powodu nowotworu żołądka. Toteż uważałem, że znalazłem się w sytuacji ocalenia życia niż utraty czegoś. Życie jest najważniejsze, z całą resztą da się jakoś zmierzyć.

Fala pozytywnej energii

Żałowałem tylko, że lekarzom nie udał się uratować kolana. Z nim byłoby mi o wiele łatwiej. Kolano było oczywiście mocno uszkodzone. Ale w przypadku kolegi z kadry, Mariusza Krzempka, który miał podobny wypadek rok wcześniej, lekarze zaryzykowali, zrobili eksperyment i w efekcie uratowali mu kolano.

Staw kolanowy to jeden z najbardziej skomplikowanych stawów w ciele człowieka. Największa ilość ścięgien. Technika protetyczna jest tak zaawansowana, że jeśli ma się swoje kolano to człowiek nie ma prawie żadnych ograniczeń, funkcjonuje jak zdrowy.

Druga rzecz to cena. Dobrej klasy protezę podudzia robi się za 40 tys. złotych. Proteza samego tylko stawu kolanowego kosztuje 70 tys. Oczywiście niepełnosprawny musi zapłacić we własnym zakresie. NFZ refunduje do 5,5 tysiąca zł.

Ale otrzymałem niesamowitą pomoc od rodziny, przyjaciół, znajomych ale też i od zupełnie obcych ludzi. Była zorganizowana zbiórka nakrętek, koncert charytatywny w Czechowicach, firma Lotos przekazała mi pieniądze, swoją zbiórkę zorganizowali koledzy w pracy. Ludzie odpisywali na mnie 1 procent podatku. Taka fala pozytywnej, bezinteresownej pomocy szalenie dodała mi energii i wiary w siebie.

Niesamowity prezent zrobili mi przyjaciele, którzy w czasie gdy leżałem w szpitalu, bez mojej wiedzy wyremontowali mi mieszkanie po babci, które znajdowało się na parterze. Nie było wtedy jeszcze wiadomo czy w ogóle stanę na nogi, groził mi wózek. Spotykali się dzień w dzień po pracy, czasem w kilkanaście osób i przygotowywali to mieszkanie na mój powrót. To było tak wzruszające, że kiedy przyjechałem do domu na przepustkę i zobaczyłem jak pracują, nie obyło się bez łez.

Kuloodporny

Na treningu ampfutbolu znalazłem się dwa lata po wypadku. Musiałem się nauczyć chodzić z protezą, a potem o kulach. Musiałem Szczęśliwie w pracy czekano na mnie. Znalazłem ogłoszenie, że w Bielsku-Białej powstaje klub amfutbolowy – Kuloodporni. Skonsultowałem się narzeczoną, która powiedziała, żebym Oddał się swojej pasji, skoro nowy klub spada mi z nieba.

I tak się złożyło, że na pierwszy trening pojechałem tydzień po ślubie. Na ten pierwszy trening przejechał Mateusz Widłak, który zaprosił mnie na trening kadry, jako że kiedyś już grałem w piłkę. Ale kadra wróciła z mistrzostw świata w Meksyku, na których zajęła czwarte miejsce. Można sobie wyobrazić jak bardzo odstawałem poziomem.

Trzy treningi dały mi tak w kość, że miałem zakwasy w każdym mięśniu i pęcherze na dłoniach od trzymania kul. Miałem chwilę zwątpienia. Oni są zbyt dobrzy, nigdy taki nie będę. W życiu bym nie uwierzył, gdyby mi ktoś powiedział, że za cztery lata sam pojadę z częścią tej ekipy na mistrzostwa świata.

Ale gdy pierwsze zakwasy zeszły, wiedziałem że kocham to robić i nic mnie nie powstrzyma. Zaczęliśmy rozwijać Kuloodpornych. Krok po kroku moje umiejętności rosły. Doczekałem się debiutu w kadrze. Nigdy nie zapomnę pierwszego Mazurka Dąbrowskiego. Wygraliśmy 6:0 z Niemcami, a ja zaliczyłem trzy asysty.

Turbowronka

Któregoś dnia jadąc z ekipą Kuloodpornych z Bielska-Białej do Warszawy potkaliśmy w pociągu Marcina Rosłonia z Canalu Plus, który wracał z komentowania meczu Ekstraklasy. Zgodził się zrobić zdjęcie z kartką z napisem „Kibicuję Kuloodpornym”. Okazał się, że słyszał o amfutbolu. Żartem rzuciliśmy, że fajnie byłoby gdyby ampfutbolista wystąpił w Turbokozaku. Zapisał mój numer. Minęło półtora roku, odbieram telefon z nieznanego numeru, a tu… Bartek Ignacik z zaproszeniem do Turbokozaka!

Zgodziłem się. Konkurencje nie poszły mi najgorzej. Największe problemy miałem z rzutami rożnymi, ale ostatecznie udało się wkręcić piłkę bezpośrednio do bramki. Pewnie nie dałbym rady ze strzałem ze środka boiska. Zmniejszyliśmy odległość do połówki naszego ampfutbolowego boiska czyli 30 metrów i udało się trafić. Za to w konkurencji „płachta” już za pierwszym razem przycelowałem do „dwudziestki”, w którą głowę wsadził kolega z Kuloodpornych, Piotrek Mizera. Widziałem, że później kluby ekstraklasy powielały ten pomysł.

Do dziś jestem wdzięczny ekipie Canalu Plus, bo to była fantastyczna promocja naszej dyscypliny. Ja zyskałem pseudonim Turbowronka, ale do klubów zgłosiło się sporo chłopaków, którzy inaczej nie usłyszeli by o ampfutbolu. Nasza rodzina się rozrosła. Bo lepszego określenia dla opisania naszego środowiska nie ma. Jesteśmy prawdziwą rodziną

Fot. Bartek Budny

Zostaw odpowiedź