Skazany na powrót, czyli szacunek dla Kubicy

Powrót Roberta Kubicy do ścigania w Formule 1 to jedna z najpiękniejszych sportowych bajek, która zdarzyła się naprawdę. Nie wiem czy to zarazem najbardziej spektakularny comeback w dziejach sportu – a padło sporo tego typu określeń, porównań, a nawet rankingi „największych powrotów w sporcie” – bo trochę nie wypada kłaść ich obok siebie na wadze.

Bo ile waży powrót Niki Laudy po koszmarnym wypadku w 1976 roku, kiedy jego bolid stanął w płomieniach na torze Nurburgring? Austriak zapadł w śpiączkę, ksiądz zdążył udzielić mu ostatniego namaszczenia. Ale już sześć tygodni później, wbrew lekarzom, wrócił do startów! W filmie „Wyścig” który niedawno gościł w naszych kinach, przejmująca była scena jak wyjąc z bólu usiłuje wcisnąć kask na poparzoną głowę i twarz.

A ile powrót Karola Bieleckiego, który podczas walki na parkiecie stracił oko. I który już 40 dni po wypadku zagrał w towarzyskim meczu, również wbrew radom lekarzy. Choć jego mózg nie był jeszcze oswojony z obrazem tylko z jednego oka. Czy powrót Hermanna Maiera, słynnego alpejskiego „Herminatora”, dwukrotnego mistrza olimpijskiego, który w 2001 doznał zmiażdżenia prawej nogi w wypadku motocyklowym. Choć ledwo uniknął amputacji, nie tylko wrócił na stok ale w kolejnych latach zdobył trzy medale igrzysk i dziesięć w mistrzostw świata. Albo Moniki Seles, która wróciła do wielkiego tenisa po brutalnym ataku nożownika na korcie.

***

Zamiast porównywać, który z nich miał trudniejszy powrót, kto zmagał się z większym problemem fizycznym, a kto psychicznym, lepiej skupić się na tym co ich łączy. A łączy ich ogromna determinacja, żeby nadal robić to co tak kochali. I to na dawnym poziomie. Żeby wrócić tam skąd los ich strącił – na sam szczyt. Dążenie do celu tak mocne, że pozwala skruszyć każdą przeciwność.

Determinacja Kubicy budzi we mnie tym większy respekt, że nie poddał się mimo upływu tak długiego czasu! Że walczył po powrót osiem długich lat! Możemy się tylko domyślać ile stresu go to kosztowało, ile razy doznawał goryczy klęski, zawodu, niespełnienia. Ile razu popadał w czarną rozpacz. Jak blisko był już, żeby powiedzieć „dość, trudno, przepadło, trzeba się z tym pogodzić”…

Mijał rok za rokiem, po siedemnastej operacji następowała osiemnasta, jedno rozczarowanie zastępowało drugie. Ale Kubica nie przestawał marzyć. I przede wszystkim nie przestawał działać! Utrzymywać w formie umysłu (analitycznego co tak ważne w F1) i ciała, które pozwoli na wytrzymanie trudów rywalizacji w kokpicie. Musiał przecież dokonać niewyobrażalnej pracy nad sobą.

Nie oglądał się przy tym na drwiny i szyderstwa dawnych i udawanych kibiców ani na brak wiary. Parł do niemożliwego celu, który sam sobie wytyczył, nie oglądając się na nikogo. Bo co komu przyjdzie z przejmowania się kolejną nieżyczliwą opinią?

***

Jest Kubica kapitalnym wzorem dla wszystkich sportowców, których karierę przerwała kontuzja. Czy tylko na chwilę, czy już na zawsze – wszystko zależy od twojej postawy – mówi przykład Roberta. „Co, odpuszczasz po roku, bo wyniki nie poprawiły się tak szybko jak chciałeś? Bo coś tam ci się nie zrosło, potrzebna jest kolejna operacja? Kubica zanim wrócił, przeszedł ich osiemnaście!” – podpowiadam gotowe przykłady trenerom.

Ale jest też przykładem nieustępliwości w dążeniu do celu także dla zwykłych ludzi. Borykających się z życiowymi przeciwnościami, rozstaniem z bliską osobą, spłatą kredytu, każdą rujnacją marzeń.

Oczywiście powrót Roberta do Formuły 1 nie byłby możliwy bez pieniędzy Orlenu. Ale i za umiejętne poruszanie się w gabinetach i dar przekonywania należy mu się szacunek. Drażni mnie wyczuwalna w mediach społecznościowych irytacja tym, że Spółka Skarbu Państwa zaangażowała się we wsparcie Kubicy. Pada mnóstwo populistycznych oskarżeń, że miliony idą kaprys jednego człowieka, ktoś przelicza ile szkół i żłobków dałoby się za to zbudować, ktoś straszy, że wzrosną przez to ceny paliwa, ktoś składa absurdalną deklarację, że oto przestaje tankować na Orlenie…

Dla mnie to po prostu kolejna inwestycję koncernu w marketing, na który firma, tak czy inaczej, i tak wydałaby te same pieniądze. Nie wyjmuje ich z kieszeni Polaków, żeby dać Kubicy na cenną zabawkę. To bzdura, nie wierzcie w to. Po pierwsze nie samemu Kubicy, bo Orlen został sponsorem całego teamu Williams. Po drugie daje mu to przepustkę tam, gdzie obecni są inni giganci branży paliwowej. Pozwala dokonać ekspansji na nowe rynki.

***

Ale dostrzegam w tej decyzji więcej – promocję Polski. Cieszę się, że w świat pójdzie narracja o Polaku-wojowniku, nieustępliwym w dążeniu do celu. ­Który wbrew wszystkiemu, wytrwałą długoletnią pracą nad sobą potrafił spełnić wielkie marzenie. To zresztą już działa, co widać po pełnych fascynacji doniesieniach mediów Europy i obu Ameryk.

Bo to iście filmowa historia. Determinacja Roberta przypomniała mi tę z jaką Andy Dufresne w filmie „Skazani na Shawshank” wysyłał listy z więziennej kancelarii z prośbami o książki. Przez lata ignorowane, aż w końcu uruchomiły lawinę książek, która pozwoliła zbudować dla więźniów bibliotekę… Pamiętacie tę scenę jak Andy stoi w deszczu po ucieczce za mury, za którymi spędził ostatnie 20 lat? Tak właśnie musiał się czuć Kubica po podpisaniu kontraktu  z Williamsem.

Zostaw odpowiedź