Wielki Piątek

W transferze Krzysztofa Piątka do AC Milan wszystko jest piękne, inspirujące i symboliczne. To historia jak z piłkarskiej bajki o tym, że nie ma rzeczy niemożliwych jeśli mocno wierzy się w siebie, ciężko pracuje i ma przy tym jeszcze trochę szczęścia. „Mały Krzyś może zdobyć rękę Królewny i pół królestwa nawet jeśli pochodzi z małej, zapadłej wioski (owszem, chodzi o naszą ekstraklasę)”. Co za kapitalny przykład dla całej rzeszy młodych chłopaków, nie tylko z Polski zresztą, że warto nad sobą pracować, warto się poświęcać i podążać za marzeniami.

Oto polski piłkarz postawą na boisku i poza nim zapracował sobie na transfer do klubu z absolutnego piłkarskiego topu. Klubu legendy, siedmiokrotnego zdobywcy Pucharu Europy, o rozpoznawalności globalnej. Szanowanego w świecie na równi z Realem Madryt i Barceloną, Manchesterem United, Liverpoolem i Juventusem. Owszem, drużyny która ostatnie trofeum zdobyła już dawno temu i nie występuje w Lidze Mistrzów już od pięciu sezonów. Ale właśnie po to sprowadza Polaka, żeby wrócić na szczyt. Podkreślił to podczas prezentacji Piątka w ośrodku Milanello dyrektor zarządzający klubu, Ivan Gazidis, mówiąc, że „Krzysztof jest symbolem transformacji Milanu i chęci powrotu na top”.

Milan był tak zdesperowany, żeby natychmiast pozyskać bramkostrzelnego napastnika, że odszedł od własnej zasady rozkładania zakupu na raty, byle tylko przekonać prezesa Genoi do zgody. Zdziwieniu dał wyraz najwybitniejszy włoski dziennikarski ekspert od transferów, Gianluca Di Marzio, pisząc, że nie pamięta tak drogiego zakupu, w którym jakikolwiek włoski klub zapłaciłby wszystkie pieniądze od razu.

35 mln euro (kilka dodatkowych milionów w bonusach) to rekord transferowy zarówno w historii Genui jak i reprezentacji Polski. Jego bohaterem jest zawodnik, który dopiero co, rundę temu, grał jeszcze w ekstraklasie. Mija kilka miesięcy i jego transfer negocjują legendy futbolu Paolo Maldini i Leonardo, a potem ściskają i żartują na konferencji.

Szybkość z jaką Piątek przebył drogę od „solidnego ligowca” do obiektu pożądania czołowych klubów Europy to także wielka inspiracja i znak czasów. Gdzie się podziała mityczna konieczność adaptacji Polaka do egzystencji w zagranicznym klubie? Gdzie długie miesiące nauki języka i nieśmiałe próby skomunikowania się z kolegami z drużyny? Gdzie długie przystosowywanie się odmiennych metod treningów i podejścia do walki o miejsce w drużynie? Przekonywanie trenera do siebie, gdzie mozolne wgryzanie się w pierwszy skład? Piątek wyjechał z Polski z podejściem, że nie będzie czekać. Chce powalczyć o całą pulę od razu. Włączył hipernapęd niczym Han Solo w „Sokole Milenium” w drodze na Alderan.

19 goli w 21 meczach Genoi zakończone transferem do Milanu to bez wątpienia najbardziej spektakularny debiut polskiego piłkarza w historii w renomowanej lidze. Nie umiem sobie przypomnieć bardziej spektakularnego wejścia Polaka z buta do obcej szatni i ligi. Dłużej musiał dochodzić do swojej pozycji Robert Lewandowski. Wojtek Szczęsny nim stał się następcą Gianluigiego Buffona w Juventusie, musiał znosić rolę rezerwowego, a wcześniej ze zmiennym sukcesem walczyć o pozycję nr 1 w Arsenalu.

Jerzy Dudek też czekał nim zastąpił Eda de Goey’a w bramce Feyenoordu, a potem przeszedł do Liverpoolu. Na dobrej drodze był w Napoli Arkadiusz Milik, ale jego debiut zniweczyła koszmarna kontuzja kolana. Choć Maciej Żurawski dochodził z ekstraklasy jako zawodnik, który po wielokroć ją przerósł, i on nie od razu odpalił w Celtiku. Niestety Celtic nie okazał się jego „Genoą”, nie był przepustką do któregoś z czołowych klubów Premier League, choć nam w Polsce taki scenariusz wydawał się pewnikiem.

Oczywiście, żeby mogło dojść do tak spektakularnego transferu Piątek musiał też mieć szczęście. Ale już Napoleon przekonywał, że „od dwóch dobrych generałów woli takiego, który ma szczęście”. Trudno mieć pretensje do Polaka i umniejszać jego sukces, bo skorzystał na tym, że idealnie dla niego ułożyła się konstelacja gwiazd w europejskim futbolu. Czyli, że Atletico Madryt potrzebowało kupić Alvaro Moratę z Chelsea, „The Blus” uzupełnili stratę Gonzalo Higuainem i Milan musiał się rozejrzeć za bramkostrzelnym następcą. Gdyby nie wyjątkowa skuteczność Piątka, nawet by na niego nie spojrzał.

Naturalnie nie wiemy, czy ta historia skończy się równie bajkowo, jak się rozpoczęła. Przed Piątkiem arcytrudne zadanie i gigantyczne oczekiwania, którym dał wyraz dziennik „Corriere dello Sport” opatrując jego zdjęcie na okładce tytułem „Papież Polak” i pisząc o „czarno-czerwonym dymie z komina”. Przychodzi odczarować niemoc strzelecką Milanu, który w tym sezonie zdobywa średnio 1,4 bramki na mecz, czyli mniej niż np. Sassuolo. Cel: przywrócić Milanowi wielkość. Najpierw w postaci Ligi Mistrzów.

Dlaczego miałoby się nie udać? Najważniejsze, że on sam w to wierzy. Jak przekonuje jego agent, jest w klubie o którym marzył od dzieciństwa. „On po prostu chciał tu być. Chciał założyć czerwono-czarną koszulkę. Marzy, żeby zaprowadzić Milan do Champions League. Nie stawia na pierwszym miejscu pieniędzy. Cel to dalszy rozwój, bycie w jak najwyższej formie i strzelanie goli. To go napędza. Teraz tylko ciężka praca. Wszystko w jego rękach”.

Uderzające, że po zaledwie kilku wspólnych miesiącach tak doświadczony trener jak Cesare Prandelli mówi, iż Polak to najbardziej kompletny napastnik z jakim pracował. Życzę Piątkowi i Milanowi, żeby podobne słowa mógł za jakiś czas powtórzyć Gennaro Gattuso.

Zostaw odpowiedź