Delikatna korekta biustu, czyli UEFA likwiduje przepis o golach na wyjeździe

Obradujący w Rzymie Komitet Wykonawczy UEFA wziął na warsztat możliwość zmiany przepisu o podwójnym liczeniu goli strzelonych na wyjeździe w europejskich pucharach. Nawet jeśli decyzja o rezygnacji z tej zasady nie zapadnie już teraz, jest ona ponoć kwestią czasu.

Na świecie rozpętała się burza, bo jak zwykle jedni są za i widzą w tej zmianie szanse na uatrakcyjnienie futbolu. Potrzebne, bo zwłaszcza u młodych ludzi piłka nożna musi rywalizować z coraz atrakcyjniejszymi grami komputerowymi. Jak wynika z badań, najmłodsza kategoria wiekowa w USA (7–14) zdecydowanie bardziej woli spędzać czas, grając i oglądając zmagania w Counter Strike, League of Legends, Fortnite czy Dota. Drudzy bronią świętości przepisów i ostrzegają, że zmiany popsują „piękną grę”. Nie ufają przy tym FIFA ani UEFA, wietrząc kolejny skok na kasę. Obie szacowne instytucje istotnie nie zapracowały sobie ostatnio na szczególne zaufanie. To rozszerzają mundial i mistrzostwa Europy do granic absurdu, to umieszczają turnieje tam, gdzie nie sposób je rozgrywać, czyli w Katarze lub wszędzie i nigdzie, czyli w całej Europie. Ale akurat nad tą zmianą warto się zastanowić.

***

Z okazji groźby odejścia od podwójnego liczenia goli przeciwnicy tego pomysłu wyciągnęli na sztandary słynne zdanie wypowiedziane przez Sir Bobby Chartlona, legendy Manchesteru United, mistrza świata z 1966 roku: „Wszelkie zmiany w przepisach piłki nożnej to jak powiększanie biustu Wenus z Milo”.

Jak wiadomo, od odnalezienia rzeźby w 1820 roku kolejne pokolenia uznają, że posąg prezentuje kształt biustu idealnego. Potwierdziły to badania magazynu „Plastic and Reconstructive Surgery”, z których wynika, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety za najpiękniejsze uznają piersi o takich proporcjach, gdzie 45 procent tkanki zlokalizowane jest powyżej linii sutka, a 55 poniżej. Dokładnie tak, jak u starożytnej piękności. I właśnie takie proporcje preferują kobiety proszące o zabieg powiększenia, pomniejszenia oraz rekonstrukcji po mastektomii. Aliści stojący w Luwrze posąg wygląda dziś przecież inaczej niż w momencie stworzenia, a nawet odnalezienia przez greckiego wieśniaka Jorgosa. Figura miała ręce, które zaginęły, gdy wiozący Wenus okręt francuskiego żeglarza Jules’a Dumonta d’Urville’a rozbił się o skały na Morzu Egejskim.

Podobnie przepisy w piłkę nożną różnią się dziś od tych po raz pierwszy spisanych w 1845 roku. Przecież w pierwszej wersji, tak jak w rugby, nie wolno było podawać do przodu, zagrywać ręką mógł – jak na podwórku – ostatni zawodnik przed bramką, nie było ani karnych, ani rzutów wolnych. Zmiany zawodników wolno robić dopiero od 1958 roku. Wcześniej piłkarz sfaulowany tak mocno, że nie mógł kontynuować gry, po prostu schodził, osłabiając drużynę. A żółte i czerwone kartki obowiązują zaledwie od 1970 roku. Ciekawe, czy za każdym razem podnosiło się larum „obrońców pięknej gry”?

***

REKLAMA
Zasada, że o ile w dwumeczu jest remis, gole na wyjeździe liczą się podwójnie, obowiązuje w europejskich pucharach od 1965 roku. Gdy ją wprowadzano, po Europie nie podróżowało się tak łatwo, szybko i bezpiecznie jak dziś. Bywało, że drużynie np. z Portugalii dotarcie na mecz do Moskwy czy Kijowa zabierało trzy dni. W dodatku wszyscy mieli świeżo w pamięci katastrofę samolotu z piłkarzami Manchesteru United na lotnisku w Monachium w 1958 roku – w drodze powrotnej z Belgradu, z meczu Pucharu Europy z Crveną Zvezdą.

Wcześniej w przypadku identycznej liczby bramek kluby musiały rozgrywać dodatkowe spotkanie na neutralnym gruncie. Złośliwi komentują, że UEFA najchętniej wróciłaby teraz do tego rozwiązania i kazała rozgrywać trzecie spotkanie np. w Katarze lub Pekinie, byle dodatkowo zarobić. Na szczęście aż tak perfidna nie jest. Wyobraźmy sobie, że w powracającej w przyszłym tygodniu Lidze Mistrzów Liverpool remisuje na Anfield z Bayernem Monachium 1:1, a w rewanżu na Allianz Arena pada remis 2:2. Wg starych zasad awansowaliby Anglicy, wg nowych obejrzymy dogrywkę, a po niej ewentualnie rzuty karne. Podobnie przy wyniku 0:1 i 2:1 itd.

W minionych latach zwycięstwo na wyjeździe było trudniejsze, bo własny obiekt naprawdę dawał przewagę. Kluby decydowały o wymiarach boisk, nie było jeszcze zunifikowanych piłek, każdy grał własnymi, które im pasowały. Dziś przewagę gospodarzom dają co najwyżej chłopcy do podawania futbolówki, o ile – często za namową trenerów – opóźniają wznowienie gry przez gości. Piłki wszędzie są takie same, a kluby grają ze sobą w pucharach tak często, że drogę z szatni na boisko czy na konferencję prasową znają na pamięć. Jedni wiedzą o drugich wszystko. O zawodnikach, taktyce, zwyczajach trenera.

Reguła o „golach na wyjeździe” stała się archaiczna i zbędna. Jej brak – podobnie jak w Copa Libertadores – przyczyni się do polepszenia widowiska. Priorytetem gospodarzy przestanie być to, aby za wszelką cenę nie stracić bramki. Ruszą do przodu, mecze staną się atrakcyjniejsze. Więcej dogrywek i serii rzutów karnych dostarczy więcej emocji.

Owszem, najbardziej cieszą się z tej zmiany sponsorzy oraz reklamodawcy, a wraz z nimi UEFA. Ale również czołowi trenerzy, np. Massimiliano Allegri, Unai Emery, Jose Mourinho, Arsene Wenger czy Thomas Tuchel. Trzeba iść z duchem czasu. Futbol zasługuję na tę drobną korektę biustu.

 

Zostaw odpowiedź