Gesty i mowa nienawiści

Czy też uważacie, że w świecie futbolu jest co raz mniej wzajemnego szacunku, a co raz więcej chamstwa, złośliwości, okazywania sobie pogardy? Piję do gestów Cristiano Ronaldo i Diego Simeone, odmowy podania ręki przez Sa Pinto czy Sarriego. Ale nie tylko. Coraz więcej zawodników i trenerów nie umie wygrywać i przegrywać. Rozumiem, że futbol to emocje, ale górę biorą te złe…

Przyzwyczailiśmy się – może zbyt szybko i niesłusznie – że dzieje się tak między kibicami zwaśnionych drużyn. Nasze swojskie „Jazda z k…” czy „strzelcie k… gola” – już nikogo nie bulwersuje.

Jednak to, że brak klasy okazują ci, którzy są wzorem dla setek tysięcy, ba, milionów ludzi na świecie, czyli piłkarscy idole, powinno to niepokoić. Albo gdy jak nieodpowiedzialni furiaci zachowują się ich szefowie – trenerzy, którzy zarządzają przecież gigantycznym, dochodowym kombinatem emocji. A już na pewno nie powinno się szukać dla takich zachowań usprawiedliwienia.

A zwłaszcza gdy robi tak jeden z dwóch najlepszych, najbardziej utytułowanych i najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy świata – Cristiano Ronaldo. Gdy tak niedawno jeszcze w barwach Realu wbił Juventusowi hat-tricka w Turynie, zachwycaliśmy się, że włosy kibice oklaskiwali go na stojąco, a on kłaniał im się w pas w podziękowaniu. To zawsze piękny i poruszający moment, gdy publiczność docenia wielkiego piłkarza, choćby grając w drużynie największego rywala właśnie zdruzgotał ich marzenia – jak podczas owacji dla Ronaldinho na Santiago Bernabeu.

W środę ten sam Portugalczyk przechodząc po przegranym meczu przez strefę mieszaną na Wanda Metropolitano pokazał hiszpańskim dziennikarzom gestem pięć palców symbolizujących pięć Pucharów Europy, po czym przypomniał, że Atletico wywalczyło ich okrągłe zero. Przykry brak szacunku dla zasłużonych zwycięzców. Przykry brak klasy u wielkiego piłkarza, który nie umie przegrywać. Zachował się jak „burak” – dokładnie tak, jak podsuwa w komentarzu na Facebooku komentator Eleven Sports, Mateusz Święcicki.

Tylko, że Mateusz podrzuca to określenie przekornie, bo tak naprawdę broni prawa Ronaldo do emocjonalnego zachowania. „Piłka nożna polega na emocjach, na sprzedawaniu emocji (…) futbol jest plebejską rozrywką. Narodził się wśród robotników, nie był namiętnością inteligencji. Nigdy nie będzie sportem białych kołnierzyków” argumentuje.

Nie zgadza się by robić z piłkarzy i trenerów „maszyny bez układu nerwowego, własnych słabości, chwil, w których pokazują swoje niedoskonałości. Nie kupuję tego. Patrzę na zachowanie Cristiano Ronaldo i myślę sobie: o, typowy CR7. Dziecko z podwórka, które nienawidzi przegrywać i nie umie znieść porażki. Za chwilę się otrzepie, wstanie na nogi i w rewanżu zrobi wszystko, żeby wygrać. Sędzia pokazuje mu czerwoną kartkę z Valencią? Płacze. Jak dziecko. Bo wie, że już nie kopnie piłki w tym meczu” pisze Święcicki.

Nie czuje się wprawdzie ani wywoływanym przez Mateusza „dyżurnym autorytetem moralnym” ani „profesorem z Twittera”, ale nie mogę się z nim zgodzić. Jasne, im więcej w futbolu pasji i emocji, tym lepiej dla dyscypliny i kibiców. Doskonale rozumiem frustrację przeambitnego Cristiano. Przyszedł do Juventusu, by klub mógł wreszcie odnieść sukces w Lidze Mistrzów, wynieść go na najwyższy poziom. Tymczasem mistrzom Włoch grozi najgorszy występ w Lidze Mistrzów od lat. Ale to nie może usprawiedliwiać utraty kontroli nad sobą.

Nie możemy tłumaczyć wszystkiego emocjami, bo wówczas będziemy musieli przyzwolić np. na brutalne faule, o ile wynikają z pasji. Jak te dokonywane z zemsty przez Roya Keane’a. Albo na gryzienie rywali, jak czynił Luis Suarez, który po prostu aż tak bardzo chciał wygrywać, że gdy się nie udawało, popadał w zaślepienie. Czy chcielibyśmy, żeby w piłce dochodziło w trakcie meczu do pojedynków na pieści między zawodnikami jak w hokeju na lodzie?

Argumenty Mateusza bardziej przemawiają do mnie w przypadku obrony Diego Simeone, choć trudno wychwalać jego obsceniczne gesty. Argentyńczyk eksplodował w trakcie niezwykle intensywnego meczu. Decyzje VAR pozbawiły go rzutu karnego i (chyba) prawidłowego gola. Był kłębkiem nerwów, po golu na chwilę oszalał. Owszem, jego zachowanie było plebejskie, niegodne kamer elitarnej Ligi Mistrzów. Ale łatwiej mi je zrozumieć. Co innego gdyby jak Cristiano wykonał ten gest w mix zonie, długie minuty po meczu, albo na konferencji prasowej.  No i jego gest nie był skierowany przeciwko komuś konkretnemu.

Problem z Portugalczykiem nie polega tylko na tym, że zachował się bez klasy podobnie jak jego znany rodak, który w czasach pracy w Interze Mediolan wypominał „zero tituli” Claudio Ranieriemu, a grając z Chelsea przeciwko Barcelonie Franka Rijkaarda ironizował, że wygrywał Ligę Mistrzów tyle samo razy co ponad 100-letni klub.

Ronaldo swoim zachowaniem, bo jest nie byle kim, przykrył wynik i świetną grę Atletico zupełnie tak samo jak decyzją o odejściu trzeci triumf Realu Madryt w Lidze Mistrzów.

Ma rację Mateusz, że futbol to plebejska gra. Jednak z czasem ją ucywilizowaliśmy. Wprowadziliśmy sędziów, kartki, rzuty wolne i karne. Mecze nie odbywają się już na placu przed fabryką, ale przed wielomilionową widownią. Bajońskie kontrakty piłkarzy do czegoś zobowiązują. Wprowadziliśmy zasady, w tym tę najpiękniejszą – zasadę fair play, która wywindowały sport na metafizyczny poziom. Bez szacunku dla rywala sport nie ma sensu.

Weźmy podanie rywalowi ręki po meczu – banalny, zwykły gest. Uznanie, że ktoś coś zrobił lepiej, podziękowanie za walkę. Czy świat się zawali bez tej wymiany uprzejmości? Oczywiście nie. Ale jak będziemy w imię emocji rezygnować z kolejnych gestów to ten nasz sportowy świat do końca nam spsieje. Stanie się taki sam jak świat polityki, gdzie na ma już miejsca na żadne uprzejme gesty. Bo trwa wieczna wojna na śmierć i życie, a niej są tylko nasi i wrogowie…

 

Zostaw odpowiedź