Nie tylko Kepa, czyli FC Hollywood atakuje

„Żaden piłkarz nie jest tak dobry jak wszyscy razem (cała drużyna)” cytat z Alfredo di Stefano, wybity czarnymi literami wypełnił całą okładkę środowego wydania dziennika „Marca”. Białą stronę uzupełniło wyłącznie zdjęcie Leo Messiego. Całość zapowiadała rewanżowy mecz Realu Madryt z Barceloną w półfinale Pucharu Króla i była jednocześnie hołdem dla Argentyńczyka, który znajduje się fenomenalnej formie. Dopiero co popisał się 50. hat-trickiem w karierze, a jego trzy gole dały Barcy wygraną 2:4 w spotkaniu z Sevillą.

Mam nadzieję, że okładka wpadła w ręce Kepy Arrizabalagi, antybohatera niedzielnego finału Carabao Cup czyli Pucharu Ligi Angielskiej. Gdyby obok słów di Stefano umieścić portret 24-letniego hiszpańskiego bramkarza, nabrałaby ona innej, mocniejszej wymowy – napomnienia współczesnych piłkarzy, że żaden z nich nie ma prawa stawiać się ponad klubem. Że drużyna jest najważniejsza, trener jest szefem i należy mu się szacunek. Że istnieje odwieczna hierarchia i zasady.

Napomnienia nie tylko dla Kepy, mam bowiem wrażenie, że ostatnio nastąpiła jakaś kumulacja okazywania jawnego lekceważenia trenerom przez piłkarzy, niezadowolonych z ich decyzji. Zachowanie Hiszpana było może najbardziej spektakularnym, ale niestety nieodosobnionym przykładem gdy „ogon kręci psem”, „rządów szatni”, manifestacji przerośniętego ego zawodników. Focha rzucanego w świetle reflektorów, bo szkoleniowiec posadził piłkarza na ławce, albo zbyt szybko zdjął go z boiska. Albo wyznaczył nie do tej roli, która się piłkarzowi marzyła.

Rozejrzyjmy się po czołowych klubach Europy. W co drugim klubie odprawia się FC Hollywood. Określenie zarezerwowane niegdyś wyłącznie dla Bayernu zaczęło pasować do wielu. Zresztą i do Monachium „wróciło stare”. Jawne lekceważenie regularnie okazują Nico Kovacowi największe gwiazdy z Franckiem Riberym na czele. Francuz widząc ostatnio po rozgrzewce przed meczem z Schalke 04, że usiądzie na ławce, po prostu poszedł sobie do szatni. Arjen Robben, gdy trener w trakcie meczu wysłał go na rozgrzewkę, po powstaniu z ławki ostentacyjnie oparł się o bandę, a Jerome Boateng położył na bramką. W mediach społecznościowych drwiła z Kovaca żona Thomasa Muellera.

W Liverpoolu przed scysją z Jurgenem Kloppem nie zdołał się powstrzymać kapitan drużyny, Jordan Henderson. Zdjęty w 72 minucie hitowego meczu z Manchesterem United nie tylko odmówił podania Niemcowi ręki, ale pozwolił sobie na ostrą wymianę zdań.

Problem dotknął także Realu Madryt. Ostatnio w meczu z Levante brak szacunku Santiago Solariemu okazał posadzony na ławce Gareth Bale, wściekły, że jeszcze nie wchodzi. W stałym konflikcie z Argentyńczykiem jest Isco (tu akurat górą jest trener, ale pytanie jak długo nim będzie).

Wcześniej w meczu z Leganes Marcelo tak dalece zlekceważył polecenia szkoleniowca, że choć miał grać jako lewoskrzydłowy, kazał się tam przesunąć Sergio Reguilonowi, a sam zajął ulubioną pozycję na lewej obronie. Zawinił przez to przy bramce dla rywali. Gdy wściekły Solari przywołał Reguilona, ten rozłożył ręce: starszy, doświadczony kolega tak zarządził, to co miał zrobić? Mimo napomnień nic się nie zmieniło, Brazylijczyk wiedział lepiej gdzie ma grać.

Kepa odmawiając zejścia na zmianę w końcówce finału Pucharu Ligi na Wembley przekroczył jednak wszelkie granice. Dawno żaden piłkarz nie naraził swego szkoleniowca na takie wielkie ośmieszenie i kompromitację. Upokorzył Maurizio Sarriego przed milionami widzów. Cały autorytet Włocha zmiął w kulkę i posłał kopniakiem do śmietnika.

Nie mówiąc o tym, że być może przyczynił się także do porażki Chelsea w karnych. Choć o jedenastkach mówi się, że to loteria, Willy Caballero jest ich prawdziwym specjalistą. To dzięki City zdobył Puchar Ligi w 2016 roku, Argentyńczyk obronił wtedy aż trzy strzały piłkarzy Liverpoolu. Bronił w karierze jedenastki Cristiano Ronaldo, Neymara, Edena Hazarda czy Radamela Falcao. Sergio Aguero, który zna go i z klubu i z kadry, przyznał po mecz, że bardzo się ucieszył, że Willy jednak nie wszedł na serię karnych.

Ale nie wszedł, bo Kepa odmówił zejścia z boiska. Choć zza linii domagali się tego wściekły Sarri i jego asystent Gianfranco Zola, a na boisku David Luiz (tylko kapitan Cesar Azpiliqueta, zamiast użyć swojego autorytetu, gdzieś zniknął).

Sarriego dodatkowo upokorzyła najpierw jego reakcja za linią, gdzie ciskał się z bezsilności, nie wiedząc już czy coś notować w kajecie czy wychodzić ze stadionu. A potem konferencja prasowa, gdzie kuriozalnie usiłował usprawiedliwić Hiszpana. Co jednak miał zrobić z piłkarzem sprowadzonym za 80 mln euro i świadomym tego? Wyrzucić z drużyny, osłabiając ją w kluczowym momencie sezonu?

Symbolicznie odsunął go od meczu z Tottenhamem i przywalił karę finansową. Symbolicznie, bo grzywna dla młodych piłkarskich milionerów przestała być jakimkolwiek utrapieniem. I co z tego, że potrącą mu dwie z pięćdziesięciu dwóch tygodniówek?

Bezradność Sarriego wobec bezczelnego zachowania Kepy też jest symboliczna. Kluby swoją polityką doprowadziły do tego, że trenerzy właśnie tyle dziś mogą zrobić wobec gwiazd futbolu. Te nie tylko czują się większe niż kluby. Wiedzą, że kluby stały się ich zakładnikami.

 

Zostaw odpowiedź