Tsunami w Lidze Mistrzów, czyli przywrócona wiara w futbol

Potężne tsunami jaki przetoczyło się przez światowy futbol w oba ostatnie wieczory Ligi Mistrzów przywróciło wielu osobom wiarę w piłkę nożną. Cudowną grę, która w nawet w tak skomercjalizowanych czasach potrafi wymknąć się wszelkiej logice i zrealizować własny szalony scenariusz.

Oto banda niedoświadczonych dzieciaków z Ajaksu, skazywana na pożarcie po porażce w pierwszym meczu dokonuje „królobójstwa”. Na Santiago Bernabeu  pieczętuje koniec trzyletniej ery dominacji Realu Madryt w Champions League.  A następnego dnia zdziesiątkowany Manchester United (dosłownie, bo Anglicy przyjechali bez 10 podstawowych zawodników) upokarza Paris St Germain na ich własnym stadionie. „Czerwone diabły” odrabiają stratę z pierwszego spotkania, choć nawet szacowny „Times” pisał w tytule, że to absolutna Mission Impossible.

Przed oczami zostaną nam z nich spektakularne obrazy, cytaty, komentarze. Oto oficjalne konto Johana Cruyffa, dbające o jego dziedzictwo, zatwittowało zdjęcie wielkiego Holendra, na którym liczba 14 na jego koszulce układa się w wynik meczu w Madrycie. Cytat głosi: „Dlaczego twoja drużyna nie miałby  wygrać z bogatym klubem? Jeszcze nie widziałem, żeby worek pieniędzy strzelał gola”.

Pasuje do obu meczów, choć jeśli spojrzeć na każdego z osobna zawodnika spotkania Real – Ajax, to kto wie czy młode, głodne sukcesu gwiazdki z Amsterdamu nie są dziś więcej warte niż nasycone, zdemotywowane „tłuste koty” z Madrytu. Mecz PSG – MU co prawda nie był starciem bogatego szejka z kopciuszkiem – „Czerwone diabły” tylko Real ustępują na liście najbogatszych klubów świata. Jednak Anglicy nie naginają finansowego Fair Play tak bezczelnie jak Paryżanie, czy raczej rząd Kataru, do którego należy klub. W dodatku po murawie Parc des Princes hasali Tahith Chong czy Scott McTominay, którzy dopiero co występowali w rezerwach MU i mogli co najwyżej marzyć o występach na Old Trafford.

Furorę w mediach społecznościowych zrobiło zdjęcie ze stadionu w Paryżu, na którym z sukcesu cieszą się, podnosząc pieści w geście zwycięstwa, były trener MU, Sir Alex Ferguson, obecny – Ole Gunnar Solskjaer i były wielki gwiazdor Eric Cantona. „Na tym zdjęciu jest coś, przy czym pieniądze szejków to bezwartościowe świstki papieru. To jest Historia i Tradycja! Można kupić najlepszych piłkarzy na świecie, można wydać nawet miliard na każdego, ale historię i tradycję tworzy się latami, tego kupić się nie da” skomentował jeden z internautów gdy posłałem je dalej na Twitterze.

Gdy Solskjaer mówił przed meczem, że stara się zaszczepić w drużynie ducha zespołu z 1999 roku, który wygrał wtedy Ligę Mistrzów po niesamowitej końcówce z Bayernem Monachium, potraktowałem to jako dobrą minę do złej, bo z góry przegranej, gry. A jednak piłkarze MU, choć ustępowali umiejętnościami lepszym technicznie rywalom, to przewyższali ich cechami charakterystycznymi dla tamtej drużyny Sir Aleksa – walecznością, determinacją, grą do końca.

Gdy 21-letni Marcus Rashford, wychowanek MU ustawi piłkę na jedenastym metrze i po chwili z zimną krwią, bezbłędnie wykorzystał karnego, na zegarze była 92. minucie czyli typowy „Fergietime”. Drużyny prowadzone przez Szkota nie raz dokonywały cudów w końcówce, nie tylko w pamiętnym meczu w Barcelonie w 1999 roku. Gol był klamrą kapitalnie spinającą tę piękną manchesterską historię.

Zresztą sam Ferguson choć wciąż dochodzi do siebie po udarze, postanowił polecieć na mecz do Paryża razem z drużyną, by móc wspierać Solskjera i motywować zawodników.

Ciężko będzie zapomnieć twarze pokonanych, upokorzonych. Neymara, stojącego przy linii bocznej, wystylizowanego na George Michaela, z kolczykami w kształcie krzyży, który tuż przed końcowym gwizdkiem wyglądał jakby odcięło mu dopływ tlenu. Miał być gotowy do gry po kontuzji na ćwierćfinały. Tymczasem czeka go kolejny zmarnowany sezon po odejściu z Barcelony. Brazylijczyk odchodził, żeby wyjść z cienia Leo Messiego tymczasem znalazł się w wizerunkowej i sportowej czarnej… dziurze.

Ciężko będzie zapomnieć Gianluigiego Buffona na kolanach, wyglądającego jak sterany, stary człowiek, po tym jak ewidentnie zawalił drugiego gola. Czy przeszła mu przez głowę myśl, że trzeba było zakończyć karierę przed rokiem w Juventusie?

Niezapomniany był też obraz Sergio Ramosa, lidera i kapitana Realu, który mecz z Ajaksem oglądał z trybuny Bernabeu obrandowanej jego własnym logo – SR4. Wykartkowany na własne żądanie w spotkaniu w Amsterdamie postanowił spędzić wieczór w towarzystwie kamerzystów Amazona, kręcącego o nim film dokumentalny.

Wg madryckiego dziennika „AS” po meczu w szatni Realu prezes Florentino Pérez skrytykował piłkarzy za brak zaangażowania, używając słowa „wstyd”. Na to Ramos zarzucił Pérezowi, że klęska to wina jego i zarządu, bo nie dokonali wzmocnień. Przy wszystkich zawodnikach rzucił mu w twarz: „Wypłać mi kasę, a odejdę!”. Prawdziwy kapitan.

Rozmiary klęski Realu z Ajaksem są porażające, tak jak widok Luki Modrića i Viniciusa „kładzionych na tyłek” przez Frenkiego de Jonga, Karima Benzemy potykającego się o własne nogi sam na sam z bramkarzem gości czy Garetha Bale’a i Tony’ego Kroosa w katastrofalnej formie.

Ale wspaniałe cykle piłkarskich imperiów w ostatnich latach zawsze kończą się spektakularnym hukiem. Barcelona Pepa Guardioli, nazywana drużyną wszech czasu skończyła się ostatecznie gdy w 2013 roku Bayern Monachium rozgromił ją w półfinałowym dwumeczu 7:0. Tych samych Bawarczyków, którzy pod wodzą Juppa Heynckesa sięgnęli wtedy po historyczną „potrójną koronę”, rok później już pod wodzą Guardioli zmiażdżył 0:4 na ich własnym stadionie rozpędzony Real Madryt, co zwiastowało jego późniejszą, a zakończoną we wtorek dominację.

Po dwa gole strzelili wtedy na Allianz Areana Sergio Ramos i Cristiano Ronaldo. Dziś Liga Mistrzów ma nowych bohaterów: Duszana Tadicia, Hakima Ziyeha, de Jonga, Mathiasa de Ligta, Rashforda, Lukaku… Choć wyniki Ajaksu i MU dają Ronaldo wlewają w serce Ronaldo nadzieję przed rewanżem z Atletico Madryt, że w futbolu nie ma rzeczy niemożliwych

 

Zostaw odpowiedź