Samotność Roberta Lewandowskiego

Ze smutkiem patrzyłem na Roberta Lewandowskiego po ostatnim gwizdku przegranego spotkania z Liverpoolem. Znów to samo. Znów kapitan reprezentacji Polski kończy występy o Ligę Mistrzów przedwcześnie. Tym razem wręcz duuużo przedwcześnie. Znów bez gola w fazie pucharowej. Tym razem nie zdobył go nawet w 1/8 finału, przed rokiem na tym samym etapie – z Besiktasem – jeszcze się udało. Znów kończy w samotności. Opuszczony przez kolegów, bez podań, bezradny. Jak ktoś ładnie zauważył na Twitterze: „drużyna wokół niego obumarła”.

Tyle, że tym razem jeszcze bardziej na oczach całego świata. Jeszcze bardziej w światłach reflektorów. Skierowanych na Polaka wyjątkowo mocnym strumieniem po tym, czego dzień wcześniej dokonał Cristiano Ronaldo. Portugalczyk heroiczną grą i osobistym hat-trickiem przepchnął skazany na pożarcie Juventus do ćwierćfinału. Po raz kolejny dał dowód, że jest nie tylko jednym z dwóch najlepszych piłkarzy naszych czasów, ale i doskonałym liderem. Najpierw motywując zawodników i kibiców przed rewanżowym spotkaniem z Atletico (w efekcie Wojtek Szczęsny pytany przed meczem o wynik, wypalił, że Juve wygra 7:0!). Potem wymuszając na Massimiliano Allegrim, nie skorym do ryzyka, ofensywną taktykę. Wreszcie – swoją postawą na boisku. W efekcie o ile Real Madryt już na pewno nie wygra Ligi Mistrzów po raz czwarty z rzędu, o tyle Crisiano Ronaldo nadal może to zrobić!

Kto inny zaś miałby przesądzić losy dwumeczu Bayernu z Liverpool jeśli nie najlepszy strzelec tego sezonu Ligi Mistrzów? Który dopiero co stał się najskuteczniejszym cudzoziemskim łowcą goli w historii Bundesligi? Czołowa „9” świata. Zawodnik ambitny tak bardzo, że niskie miejsce w plebiscycie „Złotej Piłki” kwituje ironicznym „le cabaret”? Niestety Robert zawiódł jak cały Bayern.

Generalnie 1/8 finału Champions League była wielkim testem futbolowego przywództwa. Oddzieliła „kosmitów” od piłkarzy po prostu bardzo dobrych, ale dobrych czasami. Umiejących wziąć na siebie odpowiedzialność i udźwignąć ją w kluczowym dla klubu momencie.

Zapamiętamy rozdziawioną buzię Neymara, patrzącego w bezbrzeżnym zdumieniu i przerażeniu jak jego PSG odpada z Manchesterem United. Zastygłego za linią boczną, a znalazł się tam, bo właśnie zszedł z trybun żeby wspólnie z drużyną świętować awans. Oczywiście nie można mieć do niego pretensji, że nie pomógł jej na boisku, kończy leczyć kontuzję, byłby gotowy na ćwierćfinał. Ale przypomnijcie sobie jak zachowywał się za linią boczną kontuzjowany Cristiano Ronaldo, zniesiony z meczu na noszach, w finale Euro 2016. Jak prawdziwy lider. Jak drugi, ba, wręcz pierwszy trener!

Real Madryt wyeliminowała w 1/8 finału banda głodnych sukcesu, zmotywowanych i napakowanych wiarą w siebie dzieciaków z Ajaksu Amsterdam. Patrząc na upokarzanych trzykrotnych triumfatorów Champion League – zwłaszcza gdy Frenkie de Jong „wkręcał w ziemię” Lukę Modrića czy Viniciusa – ciężko było oprzeć się wrażeniu, że w składzie „Królewskich” cholernie brakuje w tym meczu lidera. Jeden przetransferowany do Juventusu, drugi na trybunach za kartki, z ekipą filmową, kręcącą film dokumentalny o karierze Sergio Ramosa, trzeci wrócił do klubu w roli trenera dopiero po porażce.

Zabrakło wreszcie i lidera w Atletico Madryt. Największy – Diego Simeone tym razem zagrał zachowawczo. Agresja i zadziorność wyparowała z jego zespołu wraz z Diego Costy. Antoine Griezmann przegrał z Ronaldo kolejny wielki mecz. Zniknął w najważniejszym momencie jak w obu przegranych finałach Ligi Mistrzów i finale Euro 2016. Udowadniając, że nie tylko nie może jeść przy tym samym stole co Ronaldo i Leo Messi, ale nawet w tej samej restauracji. Nota bene Argentyńczyk w meczu z Olympique Lyon po prostu zrobił swoje – ot, dwa gole, dwie asysty.

Żal więc było patrzeć na maszerującego Lewandowskiego, któremu do startu edycji kolejnej Ligi Mistrzów pozostaje gromić Wolfsburgi, Augsburgi, Stuttgarty i Norymbergi. Czy ucieszy go kolejne mistrzostwo Niemiec i kolejna korona „króla strzelców” Bundesligi? Czy sprawi mu satysfakcję przeskoczenie prezydenta Bayernu, Karla_Heinza Rummenigge na liście najlepszych strzelców w historii Bayernu? Jakie go tam jeszcze czekają radości?

Znamienny był obrazek po meczu, gdy Lewandowski utonął w ramionach Juergena Kloppa. Trener Liverpoolu przemaszerował aż na środek boiska, żeby pocieszyć swojego dawnego ucznia. Swoją drogą to paradoks, że Polak (zresztą wraz z Matsem Hummelsem) odszedł z Borussi Dortmund do Bayernu, by spełnić swoje marzenie o triumfie w Lidze Mistrzów, ale do dziś najbliżej tego był barwach BVB, kiedy prowadził go ten, który dziś zniweczył jego marzenia.

Nie wiemy czy Klopp tylko pocieszał Lewego, czy szepnął mu może do ucha jakąś zachętę. Może coś konieczności wyjścia ze strefy komfortu i zmianie klubu i ligi, jeśli nadal chce gonić za największym marzeniem?

Przed Polakiem decyzja czy przedłużać kontrakt z Bawarczykami do 2023 roku. Czy powinien zaufać rewolucji, nowemu zaciągowi, dokonanemu przez nowego, jeszcze nie znanego z nazwiska trenera? Zostać i walczyć? Czy jednak ruszyć się z miejsca? Najlepiej tam gdzie „nigdy nie będzie sam” w ataku, nigdy nie będzie samotny, bo piłki będą mu dorzucać Salah i Mane, Arnold i Robertson. A trener, który go „stworzył” (jak ostatnio przyznał w wywiadzie dla Izy Koprowiak) i poprowadził tak blisko spełnienia, teraz pomoże zrealizować największe marzenia każdego piłkarza?

Zostaw odpowiedź