Widmo krąży nad Europą, widmo reformy Ligi Mistrzów

Widmo krąży nad Europą, widmo reformy Ligi Mistrzów. Specjalnie nawiązałem do pierwszego zdania „Manifestu Komunistycznego” Karola Marksa i Fryderyka Engelsa bowiem w futbolu walka klas się zaostrza a burżuje chcą być jeszcze bogatsi. Otóż światem futbolu wstrząsnęły plany Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA) chce planuje reformę Ligi Mistrzów, którą docelowo zastąpiłaby Superliga. Od 2024 roku miałyby w niej występować 32 drużyny, podzielone na cztery grupy po osiem, co oznacza 14. kolejek. Czyli przez 14 tygodni hity w rodzaju Juventus – Real Madryt, Barcelona – MMU czy Liverpool – Bayern. Cztery pierwsze ekipy z każdej z grup awansowałby do 1/8 finału, a dalej jak obecnie.

Czołowych 16 klubów miałoby w nowej Champions League gwarantowane miejsce, reszta drużyn musiałaby przebrnąć eliminacje. Nie sama formuła rozgrywek jest tu szokująca, a ich terminy. Po pierwsze mecze z wtorku i środy zostałyby przeniesione na weekend. Oznaczałoby to konieczność przesunięcia wszystkich rozgrywek ligowych do środka tygodnia. Trudno przecież, żeby mecze ekstraklasy i pozostałych lig szły na zwarcie z elitarnymi rozgrywkami. Nikt by na to nie pozwolił.

Co więcej mecze nowej Ligi Mistrzów rozpoczynałby się w sobotę i niedzielę o 15. i 18. czyli w porze prime time’u w Azji. Tam bowiem mieszkają miliony kibiców europejskiego futbolu oraz kolejne setki milionów, które kluby chcą dla siebie pozyskać.

Tu bowiem leży klucz całej reformy – najlepsze i najbogatsze kluby piłkarskie Europy chcą być jeszcze silniejsze i jeszcze bogatsze. Uważają, że z rynku na Starym Kontynencie ciężko już więcej wycisnąć. Przyznał to na konferencji prasowej w Amsterdamie prezes ECA Andrea Agnelli. – Nie mamy wyboru. Musimy wyjść poza Europę i otworzyć się na świat. Te zmiany są nieuniknione – tłumaczył.

Agnieli będąc jednocześnie szefem Juventusu jest tu szczególnie zainteresowany. Jego klub ma poczucie osiągnięcia sufitu w rodzimej lidze – mistrzostwo Włoch zapewnia sobie długie tygodnie prze końcem rozgrywek, podobnie jak PSG we Francji czy Bayern w Niemczech (oprócz bieżącego sezonu, ale już dokonane transfery zwiastują powrót do dawnego porządku).

Cotygodniowe mecze z najlepszymi drużynami Europy zamiast z Frosinone, Guingamp czy Augsburgiem – brzmi to jak perfekcyjny plan. Mecze, które zamiast tysięcy, chcą oglądać miliony, a więc stacje telewizyjne zapłacą za nie setki milionów! Wg szacunków nawet 900 mln euro za sezon dla każdego z uczestników praw telewizyjnych, marketingowych i dni meczowych!

W jakim kierunku miałaby pójść ta ekspansja? Na rynku amerykańskim, piłka nożna jest, owszem, co raz bardziej popularna i wg badań oglądana przez stosunkowo najmłodszą widownię (bardziej popularny w kategorii widzów 16-24 jest już tylko esport). Ciężko jej byłoby jej wygrać komercyjną rywalizację z NBA, NHL czy NFL o lidze baseballu nie wspominając. Stąd pomysł na skok na pieniądze leżące w Azji.

Trudno sobie wyobrazić jak po tej reformie wyglądałby krajowe rozgrywki, przegonione z weekendu na środek tygodnia. Aż nie chce się wierzyć, żeby tak silne ligi jak Premier League czy La Liga mogły na to przystać. Zwłaszcza, że wiązałoby się to zapewne z okrojeniem wszystkich lig.

Zasugerował to na konferencji Agnieli, mówiąc, że ECA chce by wszystkie rozgrywki we wszystkich federacjach były do siebie podobne. – Musimy dostosować różne ligi w Europie. Dziś różnica jest zbyt wielka, choćby w liczbie spotkań – np. klub Premier League rozgrywa aż 12 spotkań więcej w sezonie niż klub Bundesligi.

Narzekał też, że dziś europejskie ligi rywalizują ze sobą. Międzynarodowy widz musi wybierać: derby Mediolanu w Serie A czy El Clasico w Hiszpanii, a może hitowy mecz w Anglii? Stwierdził, że dobrze byłoby gdyby terminarze ustalać w porozumieniu między ligami. Jak ECA zamierza to naprostować? W każdy dzień tygodnia miałaby grać inna z pięciu czołowych lig, czy wystarczy, że potencjalne hity rozłoży się na cały tydzień?

Pierwsze głosy protestu już są. Wiceszef Bundesligi, Peter Peters stwierdził, że ligi muszą się bronić przed tymi pomysłami. – Dziś europejskie puchary są świetnym, rozsądnym uzupełnieniem naszego kluczowego produktu. Jeśli jednak ziściłyby się te plany, to Bundesliga spadnie do rangi kłopotliwego balastu ich kluczowego produktu. Nigdy się na to nie zgodzimy – stwierdził na łamach „Bilda”.

Oburzył się też szef La Liga, Javier Tebas zapowiadając, że hiszpańskie kluby nie zamierzają przestać grać w weekendy. – Gwarantuje wam też, że w La Liga będzie występować 20 klubów przez najbliższe 20 lat. Nie będziemy okrajać czegoś, co świetnie funkcjonuje. Szefowie wielkich klubów forsujących te zmiany nie zdają sobie sprawy jakie szkody wyrządziłyby one ich własnym drużynom i ligom, w których grają – stwierdził.

Nie wyobrażam sobie odgórnego nakazu grania ligom tylko w tygodniu. Byłby to cios w wypracowaną od wieków kulturę kibicowską. Co miałyby zrobić w weekendy miliony fanów tych drużyn, które nie występują w Lidze Mistrzów? Kto zapełniałby stadiony tydzień w tydzień, kto byłby w stanie jeździć regularnie na wyjazdy?

Majstrowanie przy rozgrywkach, żeby uczynić je jeszcze bardziej dochodowymi, jeszcze bardziej atrakcyjnymi dla sponsorów doprowadziło do tego, że mamy właśnie najnudniejsze eliminacje ME od lat (jak wyłapał ostatnio Wojciech Frączek, Polska nawet zajmując ostatnie miejsce w grupie, zagrałaby w barażach – dzięki rankingowi z Ligi Narodów). A mundial rozbuchany do 48 drużyn zrobi się ciekawy w trzecim tygodniu w okolicach ćwierćfinału. Psujcie dalej.

Zostaw odpowiedź