Solskjaerzy ekstraklasy, czyli zamordyzm już dziś się nie sprawdza

W Ekstraklasie panoszy się epidemia zwalniania trenerów. W niedzielę posadę stracił Adam Nawałka, w poniedziałek Ricardo Sa Pinto, we wtorek Zbigniew Smółka, w środę Kibu Vicuna. W czwartek do momentu gdy oddawałem felieton do druku nikt jeszcze nie wyleciał z roboty, ale nie wiem czy coś się wydarzyło w godzinach wieczornych.

Abstrahując od okoliczności zwolnienia trenera Arki – ogłoszonego godzinę przed derbowym pojedynkiem z Lechią, w którym mimo wszystko poprowadził drużynę – najbardziej szokują rozstania z dwoma pierwszymi. Bo obaj mieli być trenerami na lata, wyznaczyć nową jakość w Ekstraklasie. Choć czy słusznie tak myśleliśmy?

Co prawda Wojciech Kowalczyk trafnie skomentował „Lidze Minus” na weszlo.com że „w siedzibie Legii wisi następujący plan na sezon: 1. zwolnienie Kucharczyka, a potem odwieszenie; 2. Zwolnienie trenera, żeby jego asystent zdobył mistrzostwo; 3. Po dwóch rundach eliminacyjnych wyrzucenie tego, kto zdobył tytuł i zatrudnienie trenera na lata”. To samo można by zastosować do Lecha, tylko z Trałką zamiast Kucharczyka i zamiast frazy „zdobył mistrzostwo” – „nie zdobył”.

Ale jest coś innego, co łączy oba nieudane projekty – Nawałki, który popracował w Poznaniu zaledwie cztery miesiące i Sa Pinto, który w Warszawie zaniżył nawet własną, niezbyt wysoką średnią pracy w klubie – zamiast tradycyjnych dziewięciu miesięcy, wytrwał zaledwie siedem. Popełniali podobne błędy – od braku wypracowania stylu, taktyki, schematów, dzięki którym wiadomo by było o co chodzi ich drużynom, przez brak wzmocnień (w przypadku Nawałki –  jakichkolwiek, u Sa Pinto, wnoszących cokolwiek do zespołu zamiast umocnić przeciętność), po postawienie na niewłaściwych ludzi.

Przy tak niskim poziomie ekstraklasy to wszystko nie musiałoby być aż tak żałosne w skutkach, gdyby nie błąd najbardziej kluczowy: obaj zrazili do siebie szatnię i okolice. Obaj – choć z różnych powodów– nie potrafili zbudować z zawodnikami i ludźmi w klubie właściwych relacji. Przeciągnąć ich na swoją stronę, przekonać do swojego pomysłu i metod.

Co dziwi, bo gdzie nie spojrzeć w Europie wygrywają trenerzy-psychologowie, pełni empatii, umiejący zarządzać ludźmi, wchodzący z nimi w głębokie relacje. Zdający sobie sprawę, że sukces zaczyna się od właściwej atmosfery. Najdobitniej pokazuje to natychmiastowa reaktywacja Manchesteru United przez Ole Gunnara Solskjaera po pozbyciu się Jose Mourinho. Norwega, który lecąc z Oslo do Manchesteru pamiętał, żeby kupić na lotnisku czekoladki dla wieloletniej recepcjonistki w klubowym ośrodku.

Zamordyzm już dziś się nie sprawdza, a jeśli to z ludzką twarzą Stanisława Czerczesowa, który wymaga, dyscyplinuje ale i potrafi przytulić. A szacunek nie jest dla niego tylko frazesem rzucanym na konferencjach.

Piję tu do metod Sa Pinto. W przeciwieństwie do Portugalczyka Nawałka stracił szatnię nie przez chamstwo, klasy trudno mu odmówić, ale raczej przez „syndrom byłego selekcjonera”. To przypadłość, przez którą po latach pracy na najważniejszej posadzie i wielu trafnych decyzjach kadrowych, ciężko później przyjmować rady od kogokolwiek. Ciężko otworzyć się na inne opinie, przyznać do błędu i wycofać w kolejnym meczu. Ego nie pozwala, zwłaszcza gdy dopiero co było się w kraju „primus inter pares” i zstąpiło się do ekstraklasy.

W dodatku metody, zwyczaje i przyzwyczajenia, które świetnie sprawdzały się w pracy z kadrą, podczas rzadkich, krótkich zgrupowań, nie chcą funkcjonować. Pedantyczne dbanie o szczegóły i niekonwencjonalne pomysły, które kadrowiczom mogły wydawać się zabawną odmianą od rutyny, stosowane dzień w dzień stają się uciążliwą fanaberią. Myślę, że w swojej kolejnej pracy w ekstraklasie – oby wrócił za jakiś – zobaczymy już innego Nawałkę.

Nie mam za to złudzeń do Sa Pinto, o którym przed przyjściem do Legii wiadomo było, że jest złym człowiekiem. Skłócił drużynę, podsycił podziały w szatni, zraził do siebie piłkarzy, podkopał autorytet najsilniejszych jednostek jak Arkadiusz Malarz, Miroslav Radović czy Michał Pazdan. Arogancki, butny, chamski w relacjach z każdym poza szefem klubu. Toksyczny dla własnych zawodników, pracowników klubu, trenerów rywali i dziennikarzy.

Na niekorzyść Sa Pinto i Nawałki dobitnie świadczy reakcja Lecha i Legii w pierwszych meczach po uwolnieniu się od obu trenerów. Niczym niedoszłego topielca, który wypłynął na powierzchnię, zaczerpnął powietrza i dziarsko próbuje dopłynąć do brzegu. Nagle grę oby drużyn dało się oglądać. Okazało się, że w piłkarzach drzemią jednak pokłady energii i kreatywności.

Legioniści wygrali trzema gola z Jagiellonia, której nie byli w stanie pokonać listopada 2016. Lech, który z Koroną nie oddał ani jednego strzału na bramkę, też strzelił trzy gole, a jego gra była momentami porywająca. W obu drużynach w roli głównej pomijani lub bezbarwni u poprzedników. Zupełnie jak w MU w pierwszym meczu pod wodzą Solskjaera. Na pewno spora w tym zasługa Dariusza Żurawia i Aco Vukovicia, nie można im odmówić, że trafili i ze składem i z ustawieniem i z nastawieniem.

Zostaw odpowiedź